Featured

30 września 2013

L'occitane, Repairing Shampoo - Odbudowujący szampon do włosów suchych i zniszczonych

Szampon L'occitane moje włosy poznały już dawno, nie pamiętam kiedy. Zaczęło się na pewno
od jeszcze mniejszej miniaturki.
Później miałam pełnowymiarowy różany a ostatnio pokusiło mnie na ten: Repairing Shampoo Loccitane.
Pewnie jesteście ciekawi co w nim takiego lubię. Zapraszam do przeczytania. :)


Szampon ten występuje w trzech pojemnościach: 500ml, 300ml i moja wersja najmniejsza bo tylko 75ml. Ale spokojnie, wystarczy mi na dłużej niż niektóre pełnowymiarowe.

Moja wersja szamponu jest w buteleczce z solidnego, podobnego do szkła tworzywa o kolorze zielonkawym. Buteleczka jest przezroczysta co pozwala na widoczność szamponu.
To mi się podoba, bo nie muszę przyglądać się pod światłem czy jeszcze jest, czy już go nie ma. Zamykany jest na solidny klik, nie otworzy się samoistnie jak niektóre butelki. Jak go zamkniemy, to będzie zamknięty a nie udawał zamknięcie.


Butelka wystrojona jest w bogatą szatę graficzną. Podana jest informacja o firmie, o szamponie, skład i kod produkcji z datą ważności. Wszystko niestety w języku angielskim i francuskim co nie pozwoli nam o zapomnieniu tego co się nauczyłyśmy, pozwoli za to pogimnastykować nasze szare komórki. ;)


Składu INCI nie udało mi się tak pięknie sfotografować, przezroczyste ścianki skutecznie to utrudniały.


Wspomnę jeszcze że szampon ma obłędny zapach, nie wiem co mi przypomina ale bardzo go lubię.
Zapach utrzymuje się cały dzień i jeszcze dłużej. Może zastąpić perfumy co niektórym może przeszkadzać. Mi to nie przeszkadza, uwielbiam ten zapach.
Konsystencja: szampon jest przezroczysty i bezbarwny. Nie jest gęsty, jest taki leisty. Mimo to niedużo go potrzeba żeby umyć włosy.  Wystarczy łyżeczka szamponu żeby się dobrze spienił na włosach i je dokładnie umył. Jeśli mowa o pianie, nie jest jakaś mega obfita, jest wystarczająca.
Myję włosy codziennie, ta ilość często mi wystarcza na pojedyncze mycie o ile nie używam olejów.
Zadrapania na mojej dłoni, to pamiątka po kocich zabawach. :)


Co obiecuje nam producent?
Szampon zawiera kompleks 5 naturalnych, eterycznych olejków:
dzięgiel, lawenda, geranium, paczula, ylang-ylang. 
Olejki te wszystkie razem wzięte, pomagają wzmocnić, odbudować, zregenerować i zmiękczyć suche i zniszczone włosy po różnych niszczycielskich zabiegach. Znacząco poprawiają wygląd włosa nadając im zdrowy wygląd i jedwabisty połysk.

Zakłada się że szampon ma tylko myć i nic więcej. Niektóre szampony tylko myją i nic więcej nie robią. Niektóre nawet pozostawiają po sobie szopę, mop na głowie, postrzępione i rozcapierzone końcówki które ciężko rozczesać. Przy takim szamponie bez odżywki ani rusz. Inaczej nie dojdziemy do ładu z włosami.
Ten szampon czasami używam solo, zwłaszcza jak mi zależy na czasie. Włosy się bez problemów rozczesują, nawet długie. Są gładkie, błyszczące, świeże i pachnące. Nie tworzą szopy ani mopa co nie tylko dla mnie jest bardzo ważne.

Producent zastrzega że szampon nie zawiera: parabenów, syntetycznych barwników, aldehydu mrówkowego i jego roztworów, składników pochodzenia zwierzęcego, triklosanu, SLES, BHA.

Wyżej podałam fotkę na której jest pełen skład produktu. Wybaczcie, nie mam dziś siły przepisywać, moje połamane serce przeszło dziś małą, kardiologiczną awarię. ;)

Wracając do tematu, szampony L'occitane do tanich nie należą co jest jedynym minusem w tym wszystkim. Występuje w pojemnościach 500ml - 95zł!, 300ml - 70zł  i moja wersja 75ml- no nie pamiętam dokładnie, ok 25zł, mimo to uważam że produkt jest mega wydajny i jeśli ktoś dysponuje większą gotówką, warto kupić. Wasze włosy na pewno się za to odwdzięczą. :)

Dostępne są w sklepie firmowym  http://pl.loccitane.com/ również w sieci sklepów L'occitane oraz
w innych sklepach internetowych.

Moja ocena 4+/5 tą odrobinę odejmuję za wysoką cenę.

Z okazji Dnia Chłopaka życzę wszystkim chłopcom, małym i dużym, młodszym i starszym, tym grzecznym i mniej grzecznym zdrówka i samych radości. :) Częstujcie się, dzisiaj słodycze są bez kalorii. :)


Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarze, jednocześnie proszę o linki do Waszych blogów, zwłaszcza nowych obserwatorów i odwiedzających. :)

28 września 2013

L'occitane i próbki.

Rzadko robię post o próbkach ale dziś postanowiłam poświęcić im chwilę.
Zaczynam się cieszyć z pomyłek sklepów internetowych. Ostatnio robiąc zakupy w sklepie Loccitane, wypełniłam konkursowy queez i wygrałam komplet próbek Divine, które miały służyć
mi na tydzień. Jakie było moje rozczarowanie kedy tych próbek w swojej paczce nie zobaczyłam.
Nie było też próbki maski do włosów. Ale od czego mamy pocztę mailową. Napisałam, dostałam błyskawiczną odpowiedź z przeprosinami i paczuszka z próbkami dotarła również błyskawicznie. 

Bardzo lubię takie pomyłki i podejście do klienta. :) Oto co dostałam.


Była jeszcze próbka maski do włosów, z której została już tylko pusta saszetka. :)


No i miniaturka  kremu do rąk z masłem shea.


Zrobię o nich dodatkowy post z pierwszego wrażenia, bo recenzja z próbek raczej nie wyjdzie.
Ot taki szybki post i specjalne podziękowania dla sklepu internetowego L'occitane. :)

Miłego weekendu. :)

26 września 2013

Złoto Maroka - eliksir piękności, czyli bezcenny Olejek Arganowy.

Kilka tygodni temu brałam udział w rozdawajce na blogu sklepu internetowego Naturica.pl
Trzeba było wybrać kosmetyk który chciałybyśmy zabrać na bezludną wyspę i uzasadnić dlaczego. Post napisałam, wygrałam bon na 77zł na zakupy w tym sklepie i między innymi, wybrałam ten cenny kosmetyk - Olejek arganowy. Co w nim jest takiego cennego, zapraszam do czytania...


Jest to jak nazwa wskazuje olej: klarowny, bezbarwny, trochę tłustawy ale szybko się wchłania. Pozostawia lekki tłustawy film który szybko wsiąka w skórę. Olejek arganowy ma miły, delikatny zapach przypominający mi zapach czarnych jagód, który po posmarowaniu szybko zanika.


Umieszczony jest w buteleczce z ciemnego szkła, u mnie o pojemności 30ml, zakręcanej białą plastykową nakrętką. Na buteleczce znajduje się informacja o firmie z jej adresem, nazwa olejku, jego skład oraz data ważności. Buteleczka ma dość szeroki otwór i musimy uważać żeby nie wylać olejku za dużo.
Skład INCI: argania spinosa (Argan), Nut Oil.


Tłoczony jest z nasion arganii żelaznej, drzewa które rośnie na południu Maroka i tylko tam. Stąd pochodzi jego nazwa: złoto Maroka. Dlaczego złoto?

Olej arganowy znany jest jako wszechstronnie działający składnik i do produktów spożywczych jako dodatek, i do kosmetyków gdzie ma szerokie spektrum działania ponieważ jego skład jest podobny do sebum który wydziela nasza skóra.
W skład oleju arganowego wchodzą: 
Nienasycone kwasy tłuszczowe aż w 80%: uzupełniają niedobory składników tłuszczowych, chronią i regenerują barierę lipidową
Polifenole: działanie antyoksydacyjne, nawilżające, odżywcze, ujędrniające, chronią skórę przed utratą wody, poprawiają napięcie skóry, regenerują.
Tokoferole: działają antyoksydacyjnie, zwalczają wolne rodniki.
Fitosterole: naturalny kosmetyk na różnego rodzaju dermatozy, stosowany w leczeniu łuszczycy, alergiach skórnych, trądziku. Mają działanie przeciwzapalne, wspomagają regenerację skóry.
Skwalen: wspomaga regenerację bariery hydrolipidowej naskórka, uzupełnia niedobory tłuszczowe w skórze.
Alkohole triterpenowe: mają działanie antyoksydacyjne, łagodzące.

Olejek arganowy wskazany jest między innymi do leczenia różnego rodzaju blizn oraz zapobiega uszkodzeniom skóry, na przykład przy odparzeniach. Jest bezpieczny i dla alergików i dla niemowląt.

Sprawdza się też w regeneracji zniszczonych paznokci a także do regeneracji włosów łącznie ze skórą głowy.
Jego działanie antyoksydacyjne i regeneracyjne, sprawdza się również przed opalaniem i po opalaniu skóry.

Podsumowując, olejek ten ma działanie przeciwzapalne, regenerujące, odżywia skórę, nawilża, wspomaga barierę hydrolipidową skórę, działa przeciwstarzeniowo i odmładzająco na skórę.

Wiadomo że chcąc przetestować olejek, musiałam go użyć do wszystkiego. Smaruję nim twarz, paznokcie, stosuję jako maskę do włosów, smaruję skórę po depilacji. Smarowałam też ślad po oparzeniu. Olejku zostało niewiele i widzę że będę musiała zrobić szybko zapas. Olejek arganowy, sprawdza się w każdym opisanym przypadku i jest prawdziwym bezcennym złotem dla skóry włosów i paznokci. Kto go nie zna, polecam spróbować. Nie pożałujecie. :)
Olejek otrzymałam jako jedną z nagród w sklepie Naturica.pl za co bardzo dziękuję, i nie wpływa to na moją ocenę 6/6 



Zapomniałabym, olejek arganowy można kupić w sklepach internetowych na przykład TU oraz w sklepach zielarskich. Tani nie jest, ale to prawdziwe, bezcenne złoto dla skóry. :)

25 września 2013

Loccitane, Bonne Mere Rose - cudowne marsylskie myjątko.

Niedawno przeglądając strony Loccitane, skusiłam się znów na mydełko o ulubionym zapachu róży z serii Bonne Mere. Mydełka Loccitane uwielbiam od dawna i jak tylko mam okazję, kupuję. Ostatnio trafił się konkurs z próbkami do twarzy Divine Immortelle, więc była okazja do małego zamówienia. Zamówiłam między innymi nieduże mydełko w kostce o pięknym, różanym zapachu.


Mydełko znajdowało się w folii z informacjami o firmie, mydełku i datą ważności, ale zanim na to wpadłam żeby sfotografować skład i mydełko w tej folijce, zdążyłam je ściągnąć z tego mydełka i uszkodzić. Przepraszam za swoje roztrzepanie i zachłanność ale składu nie będzie bo folijka zniknęła w czeluściach śmieci. Na stronie Loccitane nie znalazłam, ale jak znajdę przyciągnę tu i dodam. :) Na mydełku są wygrawerowane napisy z logo firmy i podstawowymi informacjami o mydełku.

Śliczna kosteczka o masie 100g w pięknym kolorze pastelowego różu została stworzona całkowicie na bazie roślin, według marsylskiej szkoły mydlarstwa. Delikatny różowy kolor mydełka zapewniają zawarte w mydełku mineralne pigmenty.



W Prowansji wyrażenie „Oh Bonne Mère!” (z fr.: O, dobra matko!) używane jest na końcu lub w środku zdania jako wykrzyknik wyrażający zaskoczenie, ulgę, radość, lub sympatię.
Odnosi się to do słynnej bazyliki Notre Dame de la Garde w Marsylii, nazywanej potocznie Bonne Mère. Bonne Mère (statua Matki Boskiej na szczycie dzwonnicy) była drogowskazem dla żeglarzy i patronką producentów mydła marsylskiego.
Ten uniwersalny symbol delikatności, matczynej miłości i ogniska domowego zajmuje szczególne miejsce w sercach marsylczyków i stał się inspiracją do stworzenia nowej linii kosmetyków dla całej rodziny.

Mydełka tej firmy powstały na bazie olejów pochodzących z wyselekcjonowanej dostawy, gwarantującej zrównoważony charakter i pewne źródło pochodzenia oleju palmowego, od upraw po produkt końcowy.

Firma Loccitane, wykorzystuje olej palmowy w zrównoważonym stopniu, czyli nie kupuje oleju palmowego bezpośrednio ale w surowcach które go zawierają. Jest członkiem RSPO, czyli organizacji non-profit zrzeszającej osoby różnych specjalności (producentów, wytwórców, banki, organizacje pozarządowe itp.) zaangażowane w przemysł oleju palmowego.
Jej celem jest stworzenie i wprowadzenie globalnych standardów zrównoważonej produkcji jak i dystrybucji oleju palmowego.

Mydełko jak wspomniałam pięknie pachnie różami. Jest bardzo delikatne dla skóry i nadaje się dla całej rodziny. Dobrze się pieni, przy czym piana jest puszysta i kremowa. Podczas mycia mam odczucie jakby skóra była smarowana kremem. Myję nim ręce i myję się nim cała pod prysznicem, nie myję nim twarzy bo od tego mam produkty do demakijażu.
Mydełko jest bardzo łagodne, nie powoduje podrażnienia skóry ani swędzenia. Nie wysusza, daje wrażenie nawilżenia. Na jak długo nawilża moją skórę, nie wiem bo i tak bezpośrednio po umyciu używam balsamów i masełek do skóry. Mydełka Bonne Mere, występują w pięciu wersjach zapachowych: lawenda, róża, verbena, mleko i miód. Można je kupić w sieci sklepów Loccitane lub na stronie internetowej tych sklepów na przykład TU.
Cena 17zł nie jest mała ale patrząc na wydajność i sposób jak działa na skórę, nie jest też bardzo wygórowana.

Moja ocena to 5/5

Miałyście to mydełko? Które jest Waszym ulubionym?

Pozdrawiam wszystkich odwiedzających mój blog i zapraszam do komentowania. :)

24 września 2013

Pat&Rub, Mleczko do oczyszczania twarzy.


Po ostatnim niefortunnym spotkaniu z mleczkiem Mixa, musiałam go odstawić i wymienić
na lepszy model. Niedawno korzystając z różnych promocyjnych kodów w sklepie Pat&Rub zakupiłam Mleczko do demakijażu, Pat&Rub. Używam go co prawda parę dni ale mogę już
coś na jego temat napisać. Jeśli jesteście ciekawe jak się u mnie sprawdzi zapraszam do przeczytania.


Mleczko jest zamknięte w prostej, eleganckiej butelce z białego półprzezroczystego tworzywa
o pojemności 200ml, z prostą i przejrzystą szatą graficzną.
Opakowanie zaopatrzone jest w pompkę która umożliwia łatwe i higieniczne wydobycie mleczka w odpowiedniej ilości.
Zabezpieczone jest białą nasadką która dobrze przylega do opakowania i nie spada przy byle okazji. Pompka swoją drogą jest zabezpieczona przed przypadkowym otwarciem czy naciśnięciem. Jest też na niej znaczek, który pokazuje w którą stronę należy przekręcić w celu otwarcia czy zamknięcia.


Na opakowaniu oprócz logo i danych o firmie, mamy dokładny opis, skład, oznakowanie
i termin ważności.



Opakowanie jest półprzezroczyste, co umożliwia nam podgląd pozostałości kosmetyku i nie zaskoczy nas osiągnięcie jego denka.

Zapach mleczka jest trudny do określenia, nie jest on jakiś cudownie pachnący ale też nie przeszkadza i szybko zanika.
Samo mleczko ma lekko kremową konsystencję, barwę brudnawej bieli i nie rozlewa się.


Producent nas zapewnia że: Mleczko oczyszcza i koi. Usuwa makijaż, sebum i zabrudzenia, łagodzi podrażnienia i nawilża.
W składzie kosmetyku znajdują się wyłącznie naturalne, łagodne substancje oczyszczające
i kojące:
Woda orkiszowa: łagodzi zaczerwienienia, tonizuje, nawilża.
Olej arganowy: chroni przed wolnymi rodnikami.
Prawoślaz: łagodzi podrażnienia.
Rumianek solny: łagodzi podrażnienia, rumień i zaczerwienienie.
Naturalna witamina E: zwalcza wolne rodniki.
wszystkie surowce, z których skomponowane jest MLECZKO, mają certyfikat naturalności.

Sposób użycia:
mleczko rozprowadzamy na twarzy opuszkami palców i zmywamy płatkiem kosmetycznym.
Na koniec zmywamy resztki mleczka i zanieczyszczeń tonikiem czy płynem micelarnym,
aby oczyścić do reszty i przywrócić właściwe pH dla skóry.

Skład INCI:

Aqua, Triticum Monococcum Extract, Ethylhexyl Stearate, Caprylic/Capric Triglyceride, Propanediol, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Althaea Officinalis Root Extract, Tripleurospermum Maritima Extract, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Xanthan Gum, Carrageenan Chondrus Crispus, Sodium Phytate, Tocopherol, Beta-Sitosterol, Squalene, Parfum

Jak sprawdza się u mnie:
Pojemnik jest bardzo solidnie zrobiony: może nam upaść i nie uszkodzi się, nawet nasadka nie spadnie.
Mleczko nakłada się łatwo i zmywa się łatwo. Dość dobrze radzi sobie z moim makijażem oczu, różem, podkładem oraz pomadką czy błyszczykiem. Niestety mleczka trzeba użyć trochę więcej, żeby dobrze zmyć makijaż i oczyścić skórę twarzy. Mimo że używam więcej wacików niż zwykle, przez ścianki opakowania nie widać dużego ubytku, a używam go przynajmniej dwa razy dziennie. Wolałabym ładniejszy zapach ale to jest kosmetyk stworzony na naturalnych składnikach więc marudzić nie będę. Dość wysoka bo ok. 60zł cena nie zachęca do kupna ale od czego są promocje. Jeśli kupimy go w firmowym sklepie Pat&Rub, niektóre promocje są łączone. Mleczko do demakijażu jest stworzone na naturalnych składnikach co tanie nie jest, a zmniejsza ryzyko podrażnień i alergii, zwłaszcza jeśli ktoś ma wrażliwą cerę. Pozostałości mleczka zmywam wodą a tonizuję różaną mgiełką Pat&Rub. Moja cera po demakijażu pozostaje dobrze oczyszczona
i nawilżona. Mleczko nie zapycha jak poprzednie Mixa, cera pozostaje gładka i bez zbędnych niespodzianek.Wydajność jak na razie jest baz zarzutu, widzę że wystarczy na dłużej niż miesiąc, ale ocenię jeszcze po zużyciu całego opakowania. Czy go kupię ponownie, na to pytanie również odpowiem później.
Mleczko dostępne jest w sieci perfumerii Sephora, sklepach internetowych, także
w firmowym sklepie Pat&Rub które często rozpieszcza nas różnymi promocjami.

Jeśli komuś zależy na kosmetyku stworzonym z naturalnych składników, nie jakichś chemicznych paskudztwach, mogę polecić zakup tego mleczka.

Z uwagi na zawyżoną cenę i taki sobie zapach, oceniam go:  5/6


Teraz czekam na Wasze komentarze. :)

23 września 2013

Haul zakupowy.

NIe lubię jak coś mi się kończy, nie lubię braków więc trzeba było co nieco uzupełnić.
Wybrałam się więc na wędrówkę po sklepach internetowych i do Sephory żeby mieć okazję mieć trochę bliższego spotkania ze swoimi chciejstwami. W internetowych sklepach wybrałam się do L'occitane i tam wybrałam sobie szampon regeneracyjny i mydełko marsylskie o zapachu różanym.


Dostałam do nich parę próbek ale o tym będzie w innym poście.


Wymieniłam w Douglasie starą mascarę na nową miniaturkę...


I jako fanka kąpieli w wannie zaopatrzyłam się w tabletkę musującą do kąpieli..

Później wybrałam się so Sephory gdzie wsiąkłam w stoisko z kosmetykami Pat&Rub. Masełko jeszcze mam, ale na miesiąc to mi ono nie wystarczy więc chciałam wypróbować tym razem balsam. Niestety nie było mi dane bo nie było testerów, a pani zaproponowała tester masełka
bo co to za różnica, wiadomo że balsam lżejszy. W takim razie puściłam w niepamięć balsam, wzięłam znów masełko tylko że o innym zapachu.


Zastanawiam się czy w Sephorze traktują ludzi w zależności od zawartości portfela, czy mają
żal do losu że muszą tam pracować. Czułam że byłam zbywana na szybko, bo sobota, bo ktoś kończył pracę, i z ledwością udało się poprosić o zrobienie próbki podkładu. Ok więcej nie skorzystają tam z mojej wizyty, wybiorę sobie inne miejsce.

W zeszłym tygodniu zmuszona byłam zgłosić reklamację do sklepu Pat&Rub. Nic szczególnego nad czym mogłabym się rozwodzić, reklamowałam próbkę ale za którą płaciłam. Niektóre próbki są za darmo do zakupów, ale są też miniaturki kremów za które się płaci.
No i czekałam na odpowiedź. Czekałam aż do dzisiaj i już chciałam sprawdzić pocztę czy w końcu otrzymałam jakąś odpowiedź, a tu zadzwonił kurier i przyniósł oprócz paczuszki od L'occitane dodatkowy mały pakunek. Babska ciekawość zwyciężyła i zabrałam się do rozwijania pakunku...



A tam same cuda! Oprócz reklamowanej miniaturki którą otrzymałam drugi raz.. po kilka sztuk próbek każdej wersji i do tego mini balsam do rąk. :) A tak po cichu na niego spoglądałam. :)
To się nazywa gest! :)) Dziękuję Pat& Rub! :)

Dziękuję za wszystkie miłe słowa na temat moich fotek, jesteście kochane. :) Wybaczcie że mało Was odwiedzam, ostatnio jestem wypłukana
z energii, zastanawiam się jak mogę to zmienić.

Miłego tygodnia! :)

Depilacja woskiem cukrowym, nie taka słodka.

Parę tygodni temu, Pani Ewa z depilacja.edu.pl postawiła przede mną nie lada wyzwanie. Zaproponowała mi przetestowanie depilacji pastą cukrową Easy Sweet.
Przyznam że nie było łatwe to zadanie. Do tego sposobu depilacji podchodziłam kilka razy...
Jeśli chcecie dowiedzieć się na czym polega ta depilacja i jak sobie z nią poradziłam,
zapraszam do czytania...


Miałam przed sobą wybór zapachu tej pasty. Spośród kilku rodzajów zapachów:
róża, oliwka i miód, wybrałam jak się domyślacie ten o zapachu różanym. :)
Pani Ewa mnie uprzedziła że mogę być zdziwiona wielkością paczki. Pomyślałam że
będzie albo ogromna albo tycia. Sprawdziła się wersja druga, ale nie aż taka tycia.
Pasta jest wielkości małej kobiecej dłoni. :)


Mała paczuszka a ma w sobie podobno tyle mocy. 
I żeby nie było aż tak miło, wymaga sporo cierpliwości! 
Ale o tym za chwilę. :)

Mała foliowa paczuszka zawiera oprócz nazwy i informacji o producencie, prostą instrukcję obrazkową i skład.



Skład jest naprawdę bardzo prosty. 
Jak komuś się chce, można ją wykonać nawet samemu.
INCI: water, citric Lime, sugar, rose.

Jak można wykonać taką pastę, możecie przeczytać na tej stronie.


Gotowa pasta cukrowa wygląda jak wyżej. Ma piękny bursztynowy kolor, jest przezroczysta, 
no i jak nazwa wskazuje ma słodki smak.
Przypomina trochę mydełko naturalne a trochę kalafonię używaną do smyczka. Zapachu róży raczej nie wyczułam.
Żeby ją użyć, należy odłamać kawałek, ogrzać w dłoniach, ugnieść jak plastelinę, przykleić do skóry i rozciągnąć w kierunku przeciwnym do wzrostu włosa. Zrywamy energicznie w kierunku wzrostu włosa. Ostatnie dwie czynności powtarzamy aż do osiągnięcia celu. 
Tym samym kawałkiem, o ile się klei, można poprawiać daną porcję ciała aż osiągniemy efekt gładkiej skóry. Ten sam kawałek można też bez ryzyka podrażnień skóry używać kilka razy, o ile się klei.

Jest jeszcze metoda druga jeśli mamy paski flizelinowe czy bawełniane. Rozgrzewamy wtedy pastę na wolnym ogniu, nakładamy roztopioną pastę szpatułką w kierunku przeciwnym do wzrostu włosa i odrywamy za pomocą przyklejonego paska, w kierunku wzrostu włosa.

Depilacja taka ma swoje zalety ponieważ: 
Dobrze przeprowadzona depilacja pozwoli pozbyć się nawet króciutkich włosków. Ciało pozostaje, zależnie od tempa wzrostu włosa, gładkie na dłużej niż w przypadku stosowania wosku. 
U niektórych kobiet efekt utrzymuje się nawet przez 10 tygodni.

 Metoda jest wskazana jak najbardziej dla wszystkich osób z chorobami skóry. Pasta cukrowa jest wytwarzana z naturalnych składników jak cukier, miód, woda i cytryna. Można ją stosować nawet mając żylaki, łuszczycę bądź egzemę. Duża zawartość węglowodanów działa jako ochrona antybakteryjna, przez co skóra nie jest taka wrażliwa jak po zwykłej depilacji.

Przy używaniu pasty ryzyko wrastania owłosienia w skórę jest zredukowane do minimum. 
Wszystko za sprawą sposobu jej usuwania. Dzięki wyrywaniu włosów w kierunku ich wzrostu, ten nieliczny, połamany zarost jest ułożony w tą samą stronę i odrasta naturalnie.

Pastę Easy Sweet można kupić w sklepie internetowym http://www.magiczne-indie.pl/

Jak to wyglądało w praktyce:  Jak wspomniałam, metoda ta jest dla osób cierpliwych. Ja podchodziłam do tego kilka razy. Pierwszy raz nie mogłam odłamać tego kawałka. Męczyłam się, pokleiłam sobie palce i wszystko dokoła aż udało się. Pierwsze podejście zrobiłam na meszku pod nosem. Przykleiłam malutki kawałek według instrukcji i oderwałam według instrukcji. Bólu nie czułam. Dałam do spróbowania córce, ją trochę zabolało przy zerwaniu. Ja jestem przyzwyczajona do plastrów woskowych, ona pewno nie. W przeciwieństwie do mnie wyczuła że pasta ma ładny zapach. Ja nie czułam zapachu w ogóle. Może wina kataru z powodu alergii.


Udało się wydepilować wąsik choć łatwo nie było. Gorzej było z pozostałą częścią ciała.
Męczyłam się z oderwaniem kawałka, znów pokleiłam i palce i wszystko dokoła siebie.

Spróbowałam to klejące się coś rozgrzać w garnku. Nie dość że pokleiłam się cała i wszystko dokoła to oparzyłam sobie kawałek skóry na łydce, na szczęście nieduży.
Robiłam wszystko według instrukcji. Przyklejałam po kawałku pastę na skórę, pokleiłam się
i oderwałam. No coś tam się poodrywało ale żeby wydepilować wszystko, trzeba było się nieźle namęczyć. Nie było łatwo, o nie! Grubsze włoski nie są takie szybkie do wyrwania, trzeba się zdrowo natrudzić.
Próbowałam jeszcze kilka razy. Gdyby nie to że mam ku takiej depilacji wskazania, rzuciłabym to w kąt. Depilator działa dużo szybciej. Plastry woskowe pewnie też. Bólu właściwie nie czułam ale czułam za każdym podejściem duży dyskomfort. Nie lubię brudzić rąk. Rozpuścił się w tym wszystkim i poodrywał lakier z paznokci. Musiałam uważać żeby nie przykleił się do moich nóg, towarzyszący mi wszędzie kotek.

Metoda może być łatwiejsza dla kobiet z delikatnym owłosieniem. Dla osób z grubszymi
i mocniejszymi włoskami, nie będzie to ani łatwe ani miłe.
Grubsze włoski są oporne na wyrywanie pastą cukrową. Bólu raczej nie odczuwałam, podrażnienia też nie zaobserwowałam, niestety zabrało mi to dużo czasu, bo mycie przed, mycie po zabiegu
i czyszczenie wszystkiego dookoła z resztek pasty. Efekt jest trwały bo wystarczy na kilka tygodni, ale żeby mnie to motywowało do tej metody to nie wiem. Może będę jeszcze próbować bo pasta cukrowa jest tanią metodą. Ta którą otrzymałam do testowania, kosztuje ok 7 zł w  sklepie internetowym Magiczne Indie  czy na allegro. Niestety jest również metodą  pracochłonną i wymagającą ogromnej cierpliwości. Pewnie na początku potrenuję na wąsiku zanim się przekonam do depilacji większego obszaru skóry.

Depilację pastą cukrową Easy Sweet oceniam na 3+/6

Mogę polecić ale tylko dla cierpliwych osób. :)

Dziękuję Pani Ewie z depilacja.edu.pl, oraz sklepowi Magiczne Indie za udostępnienie mi pasty cukrowej do testowania.
To że otrzymałam pastę do testowania, nie wpłynęło na treść mojej recenzji.

Pasta cukrowa Easy Sweet dostępna jest w sklepie Magiczne Indie. 

Próbowałyście? Jakie są Wasze wrażenia?

22 września 2013

Różowe słodkości z Krawiectwa Melanii.

Niedawno Pani Krysia z Krawiectwa Melanii na FB zaproponowała mi do ,,przetestowania" biżuterię własnego wykonania. Jest to komplecik składający się z kolczyków, zawieszki i bransoletki zrobionej ze sznureczka o ślicznym, pomysłowym splocie. Kolczyki są na srebrnych biglach więc nie uczulają mojej wrażliwej skóry.







Przyznam że czuję się w tej słodkiej biżuterii odmłodzona. Biżuteria swoim blaskiem pięknie rozświetli każdą buzię i dekolt. Biżuterię Pani Krysi można nosić na różne sposoby i prawie na każdą okazję. Jest jednocześnie i wesoła i elegancka. Jeśli szukacie coś w tym stylu, biżuterię która jest niepowtarzalna a do tego solidnie wykonana przez artystkę, nie przez chińskie czy koreańskie dziecięce rączki za miskę ryżu, zapraszam do sklepu Pani Krysi: Krawiectwo Melanii

Osobiście Pani Krysi bardzo dziękuję za piękną różową biżuterię, która sprawia że każdy dzień
w niej jest radosny i kolorowy. :)

Dziękuję też za wykonanie zdjęć mojej siostrze i szwagrowi. :)
Copyright © 2015 W Blasku Marzeń.
Szablon dostosowany przez: KAROGRAFIA