25 stycznia 2016

Wróciłam.


       Wreszcie mogę do Was napisać z mojego laptopa, chociaż już z innej sieci. Kiedy wróciłam w piątek ze zdjęć i chciałam zajrzeć na swój blog, okazało się że padł mój transfer danych. Mimo opłaconego rachunku nie mogłam tam zajrzeć nawet do dzisiaj, bo w szanownej sieci jeszcze nie ma informacji, że pieniądze doszły, mimo że minęło kilka dni. Ciągle jak nie brak zasięgu, to inne problemy z połączeniem, z siecią, na szczęście moja umowa z nimi wygasła kilka miesięcy temu. 


Od dziś mogę śmiało i bez oporów śmigać po necie, oglądać filmiki i korzystać z wi - fi. Oprócz internetu, przeniosłam tam również swój telefon. Jestem obecnie w sieci Play, gdzie pewna miła pani bez łaski udostępniła mi przydatne dla mnie informacje i bez przeszkód zaoferowała mi nową ofertę, najpierw na telefon, później na internet. 

Od dziś liczę, że moje problemy z internetem zostają zażegnane i z ogromną przyjemnością wracam do blogosfery. Przy okazji pokażę Wam amatorskie, bo amatorskie, ale we wspaniałej atmosferze wykonane zdjęcia przez moje urocze sąsiadki. Umówiłyśmy się, że te sesje będą powtarzane co jakiś czas, miło że mam w swoim bloku takie anioły, które z chęcią mi pomogą kiedy nieśmiało o to poproszę. 


Piątek był jeszcze bardzo mroźny, ale ja chciałam pokazać swój nowy szalik.  Nie jest on zbyt ciepły na takie mrozy, ale doskonale pasuje do mojej kurtki i jest w moim ulubionym kolorze. Kiedy go kupowałam w pewnym butiku i pani zapytała: "ten w tym rażącym różu?", ja odpowiedziałam: tak, ten w najbardziej wściekłym różu na świecie, bo to mój ulubiony kolor. :)) Pośmiałyśmy się, ale pani nie zaprzeczyła, że do koloru mojej kurtki ten szalik jest idealny! :)

Czapki niestety zabrakło, bo ta którą mam jakoś mi nie za bardzo pasuje, po drugie już się opatrzyła. A zrobiłam ją sama na szydełku, pewnie musi trochę odpocząć i poczekać na swoją chwilę. 


Uszy i głowa marzną, dłonie również zmarzły, ale atmosfera była gorąca. Nawet przejeżdżający na rowerze na oko dwunastolatek krzyknął, że jest ok i pokazał uniesiony do góry kciuk. Uśmiałyśmy się z niego. Mimo zimna, radości nie było końca. 


A spódniczka od Zary, która sięgała mi w lustrze do kolan uwielbia się unosić do góry. Mimo to, lubię ją najbardziej i noszą ją cały czas.


Tu mi na głowie pojawił się jakiś róg? Czyżby ktoś mnie zdradził? Nieee, to wieża Kolegiaty z XIII wieku, zburzonej spalonej w 1945 roku, i ponownie odbudowanej. To jest bardzo piękny, głogowski zabytek. "Stały tylko nagie mury i całkowicie wypalona wieża, na której szczycie jaśniał pozłacany krzyż..."- napisał Heinrich Werner" - ówczesny proboszcz. Nabożeństwo odprawione 9 dni wcześniej okazało się ostatnim na przeciąg prawie półwiecza." Obecnie odbywają się tam najpiękniejsze pasterki, nasz "rodzinny" proboszcz przygotowywał do bierzmowania obie moje córki, do ślubu Asię i chrzci moje wszystkie wnuki. 


Jeszcze jedno zdjęcie na koniec, palce już prawie zesztywniały, słonko gdzieś uciekło, ale co tam, uśmiech musi być. :) 

Na sobie mam szalik nieznanej marki z pobliskiego butiku, ale ma w składzie przyjemny dla skóry jedwab. Kurtka puchowa pochodząca z innego butiku, ulubione siedmioletnie rękawiczki Wittchen, oraz najwygodniejsze na świecie - buty Gino Rossi. Torebka Bever's Collection

Zostawiam Was z moimi fotkami, a ja idę malować sąsiadce paznokcie. :)

Miłego tygodnia! :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Jest mi bardzo miło, że odwiedzasz mój blog. Bedzie mi również miło, jeśli go zaobserwujesz. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam! :)

Copyright © 2015 W Blasku Marzeń.
Szablon dostosowany przez: KAROGRAFIA