Pudrowa kredka do brwi Brow&Go Eveline Cosmetics

 

            Dobrze podkreślone brwi potrafią całkowicie odmienić wygląd twarzy. Dodaje spojrzeniu wyrazistości, pięknie dopełnia makijaż. Nic więc dziwnego, że kredki do brwi należą do kosmetyków, po które wiele z nas sięga niemal każdego dnia. Tym razem postanowiłam przetestować, jak sprawdzić się  z mnie Pudrowa kredka do brwi Brow&Go Eveline. Czy rzeczywiście pozwala uzyskać naturalny efekt, jest wygodna w użyciu i utrzymuje się przez cały dzień? Zapraszam do mojej recenzji.

Już na pierwszy rzut oka pudrowa kredka do brwi Brow&Go Eveline robi dobre wrażenie. Smukłe, poręczne opakowanie bez problemu zmieści się w każdej kosmetyczce. Z jednej strony znajduje się miękki, pudrowy wkład, a z drugiej praktyczna szczoteczka, dzięki której można szybko ułożyć włoski i delikatnie rozetrzeć kolor. To rozwiązanie sprawia, że wszystkie niezbędne akcesoria zawsze mamy pod ręką. Niestety, napisy w złotym kolorze szybko ulegają zatarciu i po kilku tygodniach niewiele można z nich się dowiedzieć.


Kredka zawiera 0,35 g produktu i została stworzona z myślą o uzyskaniu naturalnie wyglądających brwi. Pudrowa formuła pozwala subtelnie wypełnić prześwity, optycznie zagęścić łuk brwiowy i podkreślić jego kształt bez efektu ciężkiego, przerysowanego makijażu. Intensywność koloru można łatwo stopniować od delikatnego zaakcentowania brwi po bardziej wyrazisty efekt. To kosmetyk, który ma ułatwić codzienny makijaż i sprawić, że brwi będą wyglądały estetycznie oraz naturalnie przez cały dzień.


Oparta na lekkich, aksamitnych pigmentach wegańska formuła sprawia, że kredka łatwo się aplikuje i blenduje. Z jednej strony znajdziesz precyzyjną końcówkę kredki, z drugiej – spiralną szczoteczkę, która pomoże wyczesać nadmiar produktu oraz nadać brwiom wymagany kształt. Kredka dostępna jest w trzech naturalnych odcieniach, które można idealnie dopasować do swojego typu urody. Odcień mojej kredki to 02.



Sposób użycia: 

  1. Użyj dołączonej szczoteczki, aby wyczesać brwi do góry - dzięki temu łatwiej zobaczysz naturalny kształt i ewentualne ubytki.
  2. Kredką delikatnie wypełnij przerwy pomiędzy włoskami, stosując krótkie, lekkie pociągnięcia zgodnie z kierunkiem wzrostu brwi.
  3. Na koniec ponownie użyj szczoteczki, aby rozetrzeć nadmiar koloru oraz nadać brwiom miękki, naturalny wygląd.
Skład INCI 

Synthetic Fluorphlogopite, Silica, Boron Nitride, Nylon-12, Glycerin, Magnesium Aluminum Silicate, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Olive Oil PEG-7 Esters, Triethoxycaprylylsilane, Lauroyl Lysine, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Pentylene Glycol, 1, 2-Hexanediol, Ethylhexylglycerin, Aqua (Water). May Contain: CI 77499, CI 77492, CI 77491, CI 77266, CI 77891.



Kredka do brwi Brow&Go Eveline Cosmetics spełnia swoje zadanie, ale też ma swoje wady. Dobrze się temperuje, nie łamiąc się, ale łatwo zasycha i trzeba temperować od nowa. Dobrze sunie po skórze, ale trudno nią narysować bardzo cienką kreskę. Nadaje kształt brwiom, kiedy je obrysowuje, natomiast trudno odwzorować pojedyncze włoski. Moje brwi już nie są tak gęste jak kiedyś, i chciałabym uzupełnić te luki, natomiast rysik szybko się ściera, i efekt przypomina często podobny do kredki swiecowej. Gotowy makijaż wygląda już nawet dobrze, ale też nie jest tak bardzo trwały, po kilku godzinach wymaga poprawek. Nie jest to kredka idealna, ale na co dzień może okazać się przydatna. Według mnie najlepiej kupić ją w cenie promocyjnej lub zainwestować w inną kredkę. Co o niej myślicie?

Pozdrowienia! ☀️

Pielęgnacja twarzy i ciała, oraz makijaż na upały


             W końcu mamy upragnione lato, temperatury poszybowały w kosmos, także nasza skóra zmieniła swoje potrzeby. Nie każda reaguje tak samo na te same kosmetyki, każda skóra ma inne wymagania. Moja skóra tak samo inaczej zachowuje się podczas upałów.

Krem pielęgnacyjny Nuxuriance Ultra Nuxe używam ostatnio tylko na noc, natomiast na dzień nakładam tylko krem ochronny z filtrem Sun Beauty SPF 50 Lancaster. Ma lekką konsystencję, ale na tyle bogatą, że oprócz ochrony bardzo dobrze radzi sobie z nawilżeniem mojej skóry. Bardzo lubię jego działanie, moja skóra tak samo. 


Oprócz kremów często sięgam po maski w płachcie i po płatki hydrożelowe pod oczy, które dają dodatkowe nawilżenie i niwelują objawy zmęczenia. Bardzo lubię maski koreańskie Mediheal, natomiast jeśli chodzi o płatki pod oczy, ostatnio sięgam do naszej Efektimy. Dodatkowo chronię jeszcze oczy okularami przeciwsłonecznymi. 

Skóra ciała również wymaga nawilżenia i chociaż chciałabym skończyć tylko na kąpieli, to jest niemożliwe. Skóra w niektórych miejscach jest tak sucha, że potrafi się łuszczyć i nie jest obojętne, co na nią użyję. Bardzo polubiłam krem do ciała Bath and Body Works, ale najchętniej korzystam z promocji, i tym razem wybrałam balsam o równie pięknym zapachu Lovely Dreamer.

Jeśli chodzi o makijaż, chwilowo odstawiłam podkład. Sam korektor wystarczy na te kilka przebarwień i pajączków, a moja skóra podczas upałów nie lubi tyłu warstw kosmetyków. Wystarczy odrobina pudru, żeby twarz się za bardzo nie świeciła. Przydaje się jeszcze tusz do rzęs i kredka do brwi, natomiast nie może zabraknąć koloru. Na policzki nakładam odrobinę brązera lub różu, żeby nie wyglądało to zbyt płasko, usta muszą być wyraźne w energetycznym kolorze. 


Paznokcie, zwłaszcza te u stóp też muszą być kolorowe. Paznokcie u rąk źle znoszą używanie  staram się je oszczędzać stosując na nie najczęściej tylko odżywkę.

Każda pora roku rządzi się swoimi prawami i chociaż lubię robić sobie makijaż, podczas upałów ograniczam go do minimum, nie oszczędzając koloru na ustach. Jak to u Was wygląda? Wolicie więcej czy mniej kosmetyków latem?

Pozdrowienia! ☀️

Kosmetyki, których lepiej unikać w wieku dojrzałym

 

          Z wiekiem nasza skóra staje się bardziej wymagająca. Staje się coraz bardziej cienka, traci jędrność, szybciej się przesusza, a jej naturalna regeneracja zwalnia. Właśnie dlatego warto świadomie dobierać kosmetyki i niektórych po prostu unikać. Poniżej przedstawię listę produktów, które mogą bardziej szkodzić niż pomagać dojrzałej cerze.

Mocno matujące podkłady

Choć kuszą obietnicą gładkiej, matowej skóry, często działają  na odwrót. Podkreślają zmarszczki, suchość oraz teksturę skóry. Zamiast tego wybieraj lekkie, nawilżające formuły z efektem „glow” lub satynowego wykończenia.

Ciężkie, zastygające korektory

Zbyt gęste formuły pod oczami mogą zbierać się w załamaniach, podkreślając cienie i zmarszczki. W wieku dojrzałym lepiej postawić na korektory nawilżające, delikatnie odbijające światło.

Pudry silnie matujące 

Nadmierne matowienie to prosta droga do postarzenia wyglądu. Dojrzała cera potrzebuje blasku i elastyczności. Jeśli musisz utrwalić makijaż – wybieraj lekki puder pod oczy lub drobno zmielony z efektem soft focus.

Agresywne peelingi mechaniczne

Im skóra jest starsza, jej bariera ochronna jest coraz delikatniejsza. Zbyt mocne ścieranie zamiast jej pomóc osiągnąć gładkość, może ją tylko podrażnić. Zamiast tego postaw na delikatne peelingi enzymatyczne lub kwasy PHA/LHA, które działają skutecznie, ale łagodnie.

Kosmetyki z alkoholem denaturowanym wysoko w składzie

Alkohol może przesuszać skórę, naruszając jej barierę ochronną. Efekt? Więcej zmarszczek i podrażnień. Szczególnie uważaj na toniki i „lekkie” kremy matujące.

Zbyt mocno perfumowane kosmetyki

Silne zapachy mogą uczulać, a dojrzała skóra jest bardziej podatna na alergie i stany zapalne. Wybieraj kosmetyki bezzapachowe lub z naturalnym, delikatnym aromatem.

Zbyt lekkie kremy bez składników aktywnych

W tym wieku skóra potrzebuje konkretnych składników: peptydów, ceramidów, kwasu hialuronowego, antyoksydantów czy retinoidów. Same lekkie kremy nawilżające to już za mało.

W przypadku dojrzałej cery - mniej znaczy więcej. Nie znaczy to, żeby wystrzegać się kosmetyków do makijażu jak ognia, ale za to powinny być one mądrze dobrane! Zamiast agresywnych, matujących czy silnie perfumowanych kosmetyków, warto wybierać produkty łagodne, nawilżające, z aktywnymi składnikami wspierającymi skórę w procesach regeneracji. Jakich kosmetyków najbardziej unikasz?


Pozdrowienia! ☀️


Między klasyką a swobodą – kiedy warto odejść od zasad w stylu i makijażu

 

                Często powtarza się, że w stylu i w makijażu istnieją zasady, których warto się trzymać. I jest w tym sporo racji. To one porządkują, uczą proporcji, pomagają uniknąć przypadkowości. Klasyka nie bez powodu przetrwała próbę czasu. Daje poczucie pewności, także elegancji, której trudno coś zarzucić. Jednak życie, styl, także uroda rzadko mieszczą się w tak sztywnych ramach. Z czasem okazuje się, że to, co miało być wskazówką, bywa ograniczeniem. I właśnie wtedy pojawia się miejsce na świadome odstępstwo.

Łamanie zasad w stylu i makijażu nie polega na robieniu wszystkiego odwrotnie. To nie jest kaprys ani pogoń za modą. To raczej umiejętność oceny, kiedy dana reguła przestaje nam służyć. Dawniej uczono najpierw podstaw – jak dobierać kolory, jak modelować twarz, jak budować proporcje sylwetki. Dopiero potem przychodziła swoboda. I to podejście nadal ma sens. Bo tylko znając zasady, można je nagiąć tak, by efekt był lepszy, a nie przypadkowy.

W makijażu najczęściej powtarzane reguły brzmią niezwykle znajomo: nie łączy się mocnego makijażu oczu z mocnymi ustami, błysk powiększa, mat wyszczupla, opadająca powieka wymaga wyłącznie matowych cieni. Tymczasem praktyka pokazuje, że wiele z tych zasad działa tylko w określonych warunkach. Delikatny połysk na środku powieki potrafi otworzyć oko, nawet jeśli jego zewnętrzny kącik opada. Wyrazista pomadka w odpowiednim odcieniu ożywia twarz znacznie skuteczniej niż bezpieczne, zgaszone kolory. Rozcierana kreska zamiast ostrej linii daje efekt bardziej miękki i elegancki, a jednocześnie nie odbiera spojrzeniu wyrazistości. To nie zaprzeczenie klasyki, lecz jej rozwinięcie.


Podobnie jest ze stylem. Przez lata uczono, że określone fasony pasują tylko do konkretnych typów sylwetek, a pewne połączenia kolorystyczne są niewłaściwe. W praktyce okazuje się, że znacznie więcej zależy od proporcji, jakości materiału i sposobu noszenia niż od samej zasady. Okrągła twarz nie wymaga surowego modelowania, a raczej delikatnego ukierunkowania jak lekkie uniesienie linii, optyczne wydłużeniem poprzez detale. Niewysoka sylwetka nie musi rezygnować z wyrazistszych akcentów, jeśli są one odpowiednio rozmieszczone. Styl zaczyna się tam, gdzie ubranie współgra z osobą, a nie tylko z podręcznikową regułą.

Szczególnego znaczenia nabiera to w dojrzałym wieku. Tu najłatwiej wpaść w pułapkę nadmiernej ostrożności: unikania koloru, błysku, wyrazistości. Tymczasem twarz zyskuje najwięcej nie dzięki ukrywaniu, lecz dzięki światłu, miękkości i odpowiednio dobranym odcieniom. Ciepłe, rozbielone kolory potrafią przywrócić świeżość, lekko rozświetlona skóra wygląda zdrowiej niż idealnie zmatowiona, a dobrze poprowadzony róż ożywia rysy znacznie bardziej niż perfekcyjny kontur. To są właśnie te momenty, w których warto odejść od utartych schematów.

Nie oznacza to jednak dowolności. Granica między swobodą a chaosem jest cienka. Styl nie polega na tym, by robić wszystko naraz, natomiast by świadomie zdecydować, co zostaje, a co można zmienić. Jeśli oczy są bardziej wyraziste, reszta twarzy powinna być spokojniejsza. Jeśli strój ma mocniejszy akcent, jego forma powinna pozostać uporządkowana. Ta równowaga jest fundamentem, który pozwala eksperymentować bez ryzyka przesady.


Warto również pamiętać, że nie każda zasada wymaga łamania. Niektóre istnieją po to, by chronić proporcje oraz harmonię. Naturalna linia brwi, odpowiednio dobrany odcień podkładu, umiarkowana ilość produktów są elementami, które rzadko zawodzą. Swoboda nie polega na ich ignorowaniu, natomiast na tym, by nie traktować ich jako jedynego możliwego rozwiązania w każdej sytuacji.

Z czasem przychodzi coś, czego nie da się nauczyć z poradników, czyli własne wyczucie. To ono podpowiada, kiedy można dodać więcej koloru, kiedy warto coś uprościć, a kiedy zostawić tak, jak jest. I to właśnie ono sprawia, że styl przestaje być zbiorem zasad, a staje się naturalnym przedłużeniem osoby.

Między klasyką a swobodą nie ma sprzeczności. Jest przestrzeń, w której można wyglądać elegancko, a jednocześnie autentycznie. I może właśnie dlatego warto czasem odejść od zasad – nie po to, by je odrzucić, ale by dopasować je do siebie. Które łamanie zasad jest Wam najbliższe? A może sztywno trzymacie się reguł?

Pozdrowienia! 🌸




Rouge Allure L'Extrait Chanel Rouge Intensif


                Są kolory, które pojawiają się na chwilę i znikają razem z sezonem, są też takie, bardziej wyważone i z klasą, które zostają na dłużej.  Dobrze dobrana pomadka potrafi zrobić więcej niż cały makijaż. Podkreśli urodę, dodać twarzy świeżości, porządkując całość jednym pociągnięciem. Dlatego lubię czasem wracać do sprawdzonych rozwiązań, wybierając szminkę, która oprócz pięknego koloru i trwałości, zapewnia połysk i walory pielęgnacyjne. Jest to Rouge Allure L'Extrait Chanel w odcieniu Rose Impulsif 844.
               
Kierując się kolorem, tym razem dość miałam nudziaków. Szukałam bardziej intensywnego ocieplonego różu, który ożywiłby moją jasną skórę, Odcienia Rose Impulsif 844 nie znalazłam na stronie Sephory, ani też Douglasa, znalazłam go jedynie na stronie internetowej sklepu producenta. Kupując na takiej stronie trzeba uzbroić się w kilka dni cierpliwości, ale przesyłka jest bezpłatna, elegancko zapakowana, także próbki nigdy nie  są rozczarowujące. 



Legendarna czarno-złota oprawa, która wydaje charakterystyczny odgłos kliknięcia, ma  tu nowy, ultrasmukły wygląd, dzięki czemu umożliwia gładką i precyzyjną aplikację.
Opakowanie można ponownie napełniać, jednym z 20 satynowych odcieni. Nie jest  jednak tak prosto, ponieważ wymienne wkłady są kompatybilne wyłącznie z tą jedyną serią Rouge Allure L’Extrait i można ich używać jedynie z taką tubką.

Opakowanie jest dopracowane z najmniejszymi szczegółami. Nic się nie obluzowuje, nic nie wyciera. W opakowaniach tej marki wszystko pozostaje w nienaruszonym stanie do samego końca.




Pomadka Rouge Allure L'Extrait łączy wszystkie te właściwości pomadek, które tak lubimy mieć w swojej kosmetyczce, czyli niezwykle intensywny kolor, skoncentrowany połysk, także oczekiwane walory pielęgnacyjne, dzięki zawartości składników pielęgnacyjnych, którymi powleczone zostały zawarte tu pigmenty.

Połączenie olejku z kwiatu moreli japońskiej oraz wosków roślinnych nie tylko pozwala na komfort używania tej pomadki, ale również chroni i nawilża nasze usta.

Nasycony kolor zapewniają mocno rozdrobnione, powleczone olejkiem pigmenty, które rozwijają tu swój pełny potencjał kolorystyczny i zapewniają intensywny efekt nawet do 8 godzin.

Skoncentrowany połysk nadający świetlistość który oferuje nam szminka, daje nam kompozycja pudrów oraz olejku roślinnego, wybranego ze względu na jego zdolność odbijania światła, pozwala uzyskać świetlisty makijaż ust.


Odcień 844 Rose Impulsif to kolor, który trudno sprowadzić do jednego prostego określenia, na tym właśnie polega jego siła. Nie jest to dziewczęcy, ani cukierkowy róż, ale naturalnie świeży, lekko ocieplony. Producent określa go jako świetlisty róż i tak też wygląda na ustach. Nie jest to przesadny odcień, który wychodzi na pierwszy plan, nie daje też przesadnego makijażu, ale dodaje twarzy życia, balansuje między elegancją a codziennością. Ta świetlistość pozostaje na całe godziny na ustach, nie żałując przy tym dużo komfortu.


Rouge Allure L'Extrait Chanel Rouge Intensif 844 wcale nie jest to odcień grzeczny ani zachowawczy, o co mi właśnie chodziło. Mam nudziaki i mimo, że je bardzo lubię, to na dłuższą metę naprawdę potrafią zanudzić.
Odcień Rouge Intensif daje nam swoją wyraźną obecność. Jest świeży, świetlisty i zauważalny już przy pierwszym spojrzeniu. Nie ginie na ustach i nie udaje naturalnego koloru, raczej go podbija i wyostrza. Chociaż delikatnie wpada w czerwień, nadal widać w nim różowe tony. Na twarzy daje efekt energii i życia, delikatnie rozjaśnia cerę i dodaje wyrazistości. Ten odcień, nie jest tłem dla makijażu, tylko jego świadomy elementem. To kolor, który jest widoczny i który robi różnicę. 
Chociaż pomadka należy do trwałych, to nie przetrwa obfitych i tłustych posiłków, ale daje radę przy drobnym poczęstunku jak kawa, herbata, ciastka, dzięki czemu w ciągu najbliższych czterech godzin nie trzeba poprawiać makijażu.
Na pewno zostawi ślad na filiżance czy innym naczyniu, który dotkną usta, ale na tym mi specjalnie nie zależy, ponieważ najważniejszy jest dla mnie komfort noszenia. Kremowa gęsta konsystencja tej pomadki trzyma się ust, nie przemieszcza nigdzie, nie zostaje na zębach. Nie wysusza ust jak inne trwałe pomadki. Bardzo lubię jej subtelny różany zapach, chociaż dla mnie mógłby być bardziej wyczuwalny, i częściowo też dlatego lubię makijaż tej marki. Ale ze względu na pozostałe zalety tej pomadki jestem w stanie wybaczyć niedociągnięcia.

Nie chcę tu namawiać nikogo do takich zakupów, bo zawsze można znaleźć coś podobnego, bardziej przystępnego, ale jak już coś tak zauroczy, to nie ma też powodu, żeby sobie odmówić chociaż odrobiny luksusu. 

Pozdrawiam! ✨

Od ochry do glamour, czyli historia czerwonej szminki

            

            Czerwona szminka nie jest nowym wynalazkiem ani chwilową modą. Towarzyszy kobietom od tysięcy lat i w każdej epoce miała swoje konkretne znaczenie. Zmieniały się receptury, składniki i sposób jej noszenia, ale sam kolor pozostał niezmienny. Wyrazisty, widoczny i zawsze zauważany. Dobrze dobrany pasuje każdej kobiecie.

Pierwsze czerwone szminki nie były niczym innym jak tylko prostymi mieszaninami pigmentów i tłuszczów. W starożytnej Mezopotamii używano czerwonej ochry, czyli sproszkowanych tlenków żelaza, które mieszano z olejami lub tłuszczami zwierzęcymi. Barwione usta nie były wtedy ozdobą codzienną, lecz oznaką pozycji społecznej i dostępu do dóbr, które nie były powszechne.

W Egipcie czerwień stała się elementem kultury wizualnej i rytuału. Stosowano czerwone ochry oraz barwniki pochodzenia zwierzęcego, między innymi pochodzące z owadów kermes, łączone z woskiem pszczelim. Intensywne usta nosili zarówno mężczyźni, jak również kobiety, a najbardziej znaną postacią pozostaje Kleopatra, która traktowała makijaż jako świadome narzędzie budowania wizerunku władczyni.

W starożytnych Chinach popularny był cynober, czyli siarczek rtęci, dający głęboką, chłodną czerwień. Chociaż dziś już wiadomo, że był on substancją toksyczną, przez wieki wykorzystywano go w kosmetyce, malarstwie, także w ceremoniale dworskim. Czerwone usta miały tam znaczenie estetyczne i symboliczne, związane z prestiżem i formalnym wyglądem.

W Grecji i Rzymie stosowano zarówno barwniki roślinne, takie jak marzanna, jak i pigmenty mineralne oraz zwierzęce, w tym kermes i minium. Makijaż ust był obecny w życiu codziennym, jednak jego odbiór zależał od osoby, która go nosiła. U arystokratek podkreślał status, u aktorek i kurtyzan bywał odczytywany jako prowokacyjny.

Średniowieczna Europa oficjalnie odrzucała makijaż, ale w praktyce kobiety sięgały po domowe środki barwiące: soki z buraków, jagód czy wyciągi z marzanny. Czerwień była wtedy przygaszona, prywatna i pozbawiona demonstracyjnego charakteru, lecz sama potrzeba podkreślania ust nie zniknęła. 

Prawdziwy przełom jednak przyniósł XX wiek. Dzięki oczyszczonym barwnikom z koszenili oraz rozwojowi pigmentów syntetycznych czerwona szminka stała się trwała, powtarzalna, ale również dostępna. Noszone przez gwiazdy kina, takie jak Greta Garbo czy Marilyn Monroe, czerwone usta stały się znakiem rozpoznawczym kobiecej pewności siebie i elegancji, a nie chwilowej mody.

W ciągu tych wielu lat zmieniał się nie tylko skład szminki, ale również jej aplikacja. W czasach gdy pomadki były tylko lekko kolorowanymi mazidłami, bardzo popularna była metoda 3 palców. Panie odciskały palcem znak na środku warg, następne dwa na górnej, oraz jeden na dolnej, by potem rozetrzeć je na całe usta. W miarę jak pomadki stawały się coraz bardziej intensywne, coraz częściej sięgano po pędzelki aby nadać bardziej precyzyjny kształt. Moda na kształt ust również ulegał zmianom się w przeciągu ostatniego wieku. Wydawało by się, że już wszystko było modne, ale nadal nie wiemy co nas jeszcze czeka w przyszłości.

Dziś czerwona szminka funkcjonuje poza sezonowością trendów. Jest wyborem, który nie wymaga uzasadnienia. Dla jednych oznacza elegancję, dla innych siłę, dla jeszcze innych zwykłą przyjemność powrotu do czegoś sprawdzonego. Jej historia, oparta na realnych pigmentach i konkretnych kobietach, sprawia jednak, że ten kolor nigdy nie jest zupełnie neutralny.

Czerwona szminka przetrwała nie dlatego, że podążała za modą, ale dlatego, że odpowiadała na realną potrzebę. Była elementem wizerunku, świadomym gestem i znakiem ciągłości. Przez wieki zmieniały się składniki, receptury i kontekst, jednak sam sens pozostał ten sam. To kolor, który nie znika wraz z sezonem, bo nie powstał na jeden moment. I właśnie dlatego nieustannie do niego wracamy.

Pozdrowienia! 💋

Historia zapisana w szmince


             Są rzeczy, które towarzyszą nam od zawsze, nawet jeśli rzadko się nad nimi zastanawiamy. Jedną z nich jest malowanie ust. Tego typu makijaż robiono jeszcze na długo przed tym, zanim powstały drogerie, reklamy i całe to zamieszanie wokół kosmetyków. Tak naprawdę do dziś niewiele się w tym sensie zmieniło.

Historia szminki sięga dalej, niż mogłoby się wydawać. Zanim trafiła do eleganckich opakowań i naszych kosmetyczek, była mieszaniną minerałów, barwników roślinnych i tłuszczów. Już kilka tysięcy lat temu ludzie wiedzieli, że koor ust ma znaczenie społeczne, symboliczne, czasami nawet rytualne.

W starożytnej Mezopotamii usta barwiono sproszkowanymi kamieniami. W Egipcie stosowano intensywne pigmenty, często na bazie ochry czy karminu. Czerwień nie była tam zarezerwowana wyłącznie dla kobiet. Oznaczała pozycję i przynależność do elity. Kosmetyki traktowano poważnie, jako element kultury i codziennego życia.

W średniowiecznej Europie podejście do makijażu uległo zmianie. Malowanie ust bywało uznawane za niestosowne, a nawet grzeszne. Ideałem stała się naturalność, choć tak naprawdę kobiety nadal sięgały po domowe sposoby. Szminka zeszła powiedzmy, że do podziemia, ale nie zniknęła.

Powrót naszej szminki przyniósł dopiero renesans. Na dworach królewskich, zwłaszcza we Francji, także Anglii, malowane usta znów stały się oznaką statusu. Używali jej zarówno arystokraci, jak i władczynie. Kolor był dość mocny, no i tak wyrazisty, że aż widoczny z daleka. Dokładnie taki, jakiego wymagała epoka splendoru.

Prawdziwy przełom nastąpił dopiero w XX wieku. Szminka zyskała wtedy wygodną już formę, stała się bardziej dostępna, przestała być już przywilejem nielicznych. Jednocześnie zaczęła symbolizować niezależność, kobiecą siłę i prawo do decydowania o własnym wyglądzie.


Później już niewiele zmieniło, jeśli chodzi o makijaż ust. Szminka po prostu się upowszechniła, stała się łatwo dostępna, tańsza, zwyczajna. Przestała być tematem samym w sobie, weszła do naszej codzienności. I na tym właściwie kończy się jej historia jako zjawiska. Dalej nie ma już przełomów, tylko różne wersje tego samego gestu, który znamy od dawna.

Dziś traktujemy ją często jak mały, często biżuteryjny drobiazg, który jest niezbędnikiem w niejednej kosmetyczce. A mimo wszystko ten drobiazg niesie ze sobą długą historię zmieniających się obyczajów, ról społecznych, no i podejścia do kobiecości. 

Pozdrowienia! 💄

Ulubieńcy makijażowi 2025

.           Tym razem prezentację swoich ulubieńców zaczynam od kosmetyków do makijażu. Moja dojrzała już skóra jest coraz bardziej wymagająca, dotyczy to również makijażu. Nie są to kosmetyki tanie, ale bardzo, bardzo wydajne, dzięki czemu wystarczają na bardzo długo. 

Przyjemne dla oka i niezawodne są również ich opakowania. Wszystko jest idealnie dopasowane, nic się nie zacina, nic nie wylewa. Wiem, że niektórzy powiedzą, że opakowanie to nie wszystko, ale dla mnie to bardzo dużo. Pomijając, że nie lubię brzydoty jak i ścierających się napisów oraz zdobień, nie zniosłabym nawet płacąc minimalną cenę, żeby coś się wylewało, zasychało, czy wysypywało. Kiedy coś wkładam do kosmetyczki, to ma to wszystko być na miejscu, a nie cokolwiek zabrudzić. 


Ważną rolę ma też zapach. Nie jestem za tym, żeby był intensywny, ale jeśli jest, niech to będzie przyjemny zapach. Nic gorszego jak niby kosmetyk jest ,,bezzapachowy" a  śmierdzi tak, że strach go otwierać. Wolę iść w drugą stronę i wybrać ten pachnący. 
Delikatnie i przyjemnie. Nie mam też parcia na kosmetyki naturalne. Lubię czuć komfort podczas aplikacji, ale też bardzo ważny jest efekt. Nie jestem aż tak bardzo cierpliwa, żeby się zbyt długo bawić, czekając aż wreszcie będzie tak jak oczekuję, a po godzinie będzie już wyglądało zupełnie inaczej. Efekt jaki oczekuję na być widoczny od razu i z czasem nie sprawiać niemiłych niespodzianek.


Podkład jest nakładany na całą twarz, tym bardziej jego jakość ma ogromne znaczenie. Nie może robić maski na twarzy, wysuszać skóry, wchodzić w jej załamania, ale też nie może być zbyt delikatny. Dbam o swoją skórę, a podkład ma udoskanalać jej wygląd, wyrównywać koloryt, delikatnie rozświetlać. Les Beiges Chanel jest lekki, rozświetlający, nawilża skórę, przez co do mojej dojrzałej skóry jest idealny. Duży wybór kolorów pozwala wybrać dla siebie ten właściwy. Podkład ten trzyma się na skórze cały dzień,  nie wchodzi w zmarszczki. Można taki wspomóc bazą, ale moją bazą jest krem na dzień. 


Tak samo duży wybór kolorów mają korektory tej marki. Długotrwały korektor Chanel Ultra Le Teint zapewnia dobre pokrycie, ale jednocześnie daje efekt bardzo naturalny. Jego kremowa, jedwabista konsystencja łatwo stapia się ze skórą, nie obciążając delikatnych okolic oczu. Korektor nie zbiera się w załamaniach i nie traci świeżości w ciągu dnia. Daje efekt gładkiej, delikatnie rozświetlonej skóry, a także wypoczętego spojrzenia. Korektor ten sprawdza się nie tylko pod czy, ale też do punktowego korygowania drobnych niedoskonałości.

Na twarz nakładam również brązer i puder, do których też mam duże wymagania. W żadnym wypadku nie mogą wysuszać mojej skóry. 




Brązer w kremie Les Beiges Healthy Glow Bronzing Cream nie zawsze jest dostępny, ale znalazłam go na stronie producenta, tam nawet bardziej się opłaca, chyba że u nas są duże promocje. Jeśli nie ma promocji, to warto poczekać te kilka dni na przesyłkę, bo nie tylko taniej jest, ale też próbki są dużo lepsze. Jego kremowo-żelowa konsystencja nadaje skórze naturalny, lekko ocieplony blask. Natomiast aksamitne, matowe wykończenie sprawia, że cera wygląda świeżo i zdrowo. Brazer jest bardzo łatwy do rozblendowania, co pozwala na uzyskanie subtelnego efektu opalenizny lub wyraźniejszego konturowania twarzy.

Zanim kupiłam puder sypki do twarzy Poudre Universelle Libre Chanel, przetestowałam ich mnóstwo i bardziej były porażką, niż pomocą z wyjątkiem Guerlaina tego w kulkach. Zanim wrócę do ulubionych kulek, potrzebowałam takiego, o który nie będę się obawiać, że gdzieś mi się wysypie, kiedy go będę chciała na przykład zabrać w podróż. Trochę duże jak do torebki jest to opakowanie, ale przynajmniej bezpieczne na tyle, że nic po drodze nie pogubię. Już po zakupie tego opakowania zauważyłam, że dostępne są opakowania bez nakrętki, czyli, że nie trzeba nic odkręcać i to mi teraz chodzi po głowie. Sam puder za to jest idealny do mojej skóry. Bardzo drobno zmielony jest niewidoczny na skórze, nie sprawia dyskomfortu, po prostu go nie czuję, że jest.
Puder ten daje piękne, gładkie i naturalne wykończenie, pozostawiając skórę wyblurowaną jak po zastosowaniu filtra. Przy użyciu niewielkiej ilości tego pudru nie ma tu miejsca na efekt ciężkości czy maski, skóra zawsze wygląda świeżo, promiennie i elegancko, a makijaż jest utrwalony na wiele godzin. 


Podążając za trendami, róż do policzków Make me Blush Bold Blurring Rouge YSL tak mnie prosił, żebym go kupiła, że nie mogłam nie ulec. Kolor wybierany na podstawie zdjęć, mógłby być delikatniejszy, na szczęście nie jest zbyt intensywny. Jako róż dla mnie i tej właśnie półki mógłby mieć zapach, ale go nie wyczuwam, a szkoda. Chociaż na początku kupiło mnie opakowanie, to ma on jeszcze inne zalety. Róż miękko nakłada się na pędzel, następnie równomiernie aplikuje na skórę bez pylenia czy pozostawiania plam. Równie dobrze aplikuje się go palcami, trzeba tylko delikatnie rozetrzeć. W jakikolwiek sposób go nie aplikuję, zawsze pozostawia trwały naturalny efekt.


W roku 2025 swój ulubiony tusz do rzęs wymieniłam na nowszy model, wybierając Inimitable Intense Chanel. Od samego początku sprawdzał się jak tego oczekiwałam. Pięknie rozdziela moje rzęsy, wydłuża, podkręca i pogrubia, co sprawia, że moje oczy są bardziej widoczne. Nie kruszy się, nie osypuje, trwa na moich rzęsach aż do zmycia. A co najważniejsze, to nie podrażnia moich oczu jak większość tuszy drogeryjnych. Brązowy kolor tego tuszu nie jest mniej wyraźny od czarnego, daje natomiast nieco lżejszy efekt.

Myśląc o kredce do oczu, wybrałam kredkę do brwi Crayon Sourcils Chanel myśląc, że to załatwić sprawę obu kosmetyków. No nie, do oczu to ona się absolutnie nie nadaje, ale za to moje brwi na tym skorzystały. Niedługo ją zdenkuję i już zaczynam tęsknić. Kolor jest prawie idealny, ani za chłodny, ani za ciepły. Idealnie się aplikuje i nie znika ze skóry z byle powodu. Prawie, bo mógłby być odrobinę ciemniejszy, ale niedługo wymienię na nową.

No i jesteśmy już przy makijażu ust. Jest również moja ulubiona kredka do ust Le Crayon Levres Chanel , która paradoksalnie mogłaby być jaśniejsza, ale też wybierałam na podstawie zdjęć. Mimo wszystko jest to kredka, która idealnie się trzyma na ustach, pięknie je podkreślając. Nie wchodzi w żadne załamania. Ta kredka jest też bardzo wydajna. Mam ją od maja i niewiele jest krótsza.


Błyszczyk do ust Gloss Bomb Oil Fenty Beauty to kolejny mój błyszczyk tej marki, chociaż nie wiem czy ten sam. Poprzedni też był moim ulubieńcem, a ten trafił mi się ze współpracy. Błyszczyk pielęgnuje usta, mam wrażenie, że również je chroni przed zimnem. Błyszczyk nie klei się i znika z ust tak szybko jak inne błyszczyki. Ma bardzo  przyjemny karmelowy zapach. To jeden z najlepszych moich błyszczyków.

Oprócz błyszczyka jest też ulubiona pomadka do ust Rouge Coco Flash Chanel. Jej odcień 90 jour dopasowuje się do naturalnej barwy ust, pasuje na każdą okazję, zachwyca delikatny różany zapach. Pomadka jest niewyczuwalna na ustach, ale za to jaki daje efekt! Delikatnie nabłyszcza moje usta, sprawiając  tym, że usta wydają się być optycznie powiększone. Nie jest to pomadka tak długotrwale działająca jak pomadki matowe, ale takich właśnie unikam. Efekt trwa wystarczająco długo jak na moje potrzeby, a zawsze mam ją przy sobie i mogę poprawić makijaż nawet bez lusterka.

W moich ulubieńcach zabrakło cieni. Nie mam takich, które bym lubiła, zamiast nich używam różu lub brązera, ale chętnie to zmienię w najbliższym czasie, i nie będzie to paleta. Wreszcie dotarłam ze swoimi ulubieńcami do końca, mam nadzieję że Wy także czytając ten post. Jeśli tak, pięknie dziękuję za cierpliwość.

Szczęśliwego Nowego Roku! ✨


Estetyka grudniowego światła, czyli jak półmrok i lampki zmieniają odbiór makijażu

 

           Grudzień zmienia nie tylko rytm dnia, ale też postrzeganie jak widzimy siebie w lustrze. Światło dzienne jest krótkie i często rozproszone przez chmury, natomiast większość aktywności przenosi się do wnętrz. Tam dominują lampy sufitowe, kinkiety, światełka choinkowe i ciepłe żarówki. To wszystko sprawia, że makijaż w grudniu funkcjonuje w zupełnie innej estetyce niż latem czy wiosną, bywa też oceniany niesprawiedliwie.

Półmrok, który towarzyszy zimowym popołudniom, zmiękcza rysy twarzy. Cienie nie są ostre, przejścia tonalne stają się łagodniejsze, kontrasty mniej czytelne. Makijaż, który w ostrym dziennym świetle wydawał się neutralny, w grudniowym wnętrzu może wyglądać na zbyt delikatny lub nawet niewidoczny. To nie kwestia techniki ani kosmetyków, natomiast samego światła, które „zjada” szczegóły.

Ciepłe lampki, zwłaszcza te o żółtym lub bursztynowym odcieniu, zmieniają odbiór kolorów. Skóra wygląda na bardziej jednolitą, rumień staje się mniej zauważalny, a niedoskonałości tracą ostrość. Jednocześnie chłodne tony w makijażu jak szarości, fiolety, popiele mogą wydawać się cięższe lub bardziej przygaszone, niż są w rzeczywistości. Ciepłe barwy natomiast szybciej wychodzą na pierwszy plan, nawet jeśli nałożone są oszczędnie.


Grudniowe światło sprzyja satynowym i półmatowym wykończeniom. Błysk nie odbija się agresywnie, a subtelne rozświetlenie wygląda naturalniej niż w pełnym słońcu. To sprawia, że makijaż makijaż, który latem mógł wydawać się za ciężki, zimą nagle zaczyna wyglądać harmonijnie. Półmrok działa jak naturalny filtr, ponieważ wygładza, uspokaja, spaja całość.

Problem pojawia się wtedy, gdy makijaż wykonujemy przy jednym rodzaju światła, natomiast nosimy go w zupełnie innym. Malowanie się wyłącznie przy lampce nocnej albo przy intensywnym świetle łazienkowym może prowadzić do błędnej oceny intensywności. Kiedy mamy już grudzień, różnice te są szczególnie widoczne, bo przechodzimy z półmroku klatki schodowej do jasnego pomieszczenia albo odwrotnie. Z chłodnego dnia do ciepłego wnętrza.

Warto też pamiętać, że grudniowa estetyka sprzyja miękkości. Kontury wydają się ostrzejsze bardziej teoretycznie niż w praktyce, natomiast to, co w lustrze wygląda zbyt wyraźnie, w realnym świetle często prezentuje się spokojnie i naturalnie. Dlatego zimą makijaż rzadziej potrzebuje radykalnych korekt, częściej raczej lekkiego dostosowania do warunków, w jakich będzie oglądany.

Grudniowe światło uczy pokory wobec luster i zdjęć. To, co widzimy, nie zawsze jest obiektywną prawdą o makijażu, natomiast efektem konkretnej temperatury barw i natężenia światła. Zrozumienie tego pozwala uniknąć niepotrzebnych poprawek, także nadmiernego dokładania produktu. Makijaż nie istnieje w próżni, zawsze funkcjonuje w określonej przestrzeni, porze roku i świetle. A jak wiemy, grudzień rządzi się pod tym względem własnymi, bardzo wyraźnymi zasadami. 

Pozdrowienia! ✨


Jak łączyć pielęgnację z makijażem, żeby nie było niespodzianek?

     

                Pielęgnacja i makijaż nie zawsze pozostają ze sobą w zgodzie. Jak wygląda makijaż bardzo dużo zależy od tego, co wcześniej i jak trafiło na skórę. Jeśli kosmetyki się rolują, podkład wygląda nierówno albo szybko traci trwałość, zwykle nie jest kwestią samego makijażu, ale także pielęgnacji pod nim. Sposób łączenia pielęgnacji z makijażem ma większe znaczenie niż liczba użytych produktów.

Najczęstszym błędem jest nakładanie wielowarstwowej pielęgnacji pod makijaż. Kilka warstw nawilżania, coś regenerującego, coś ochronnego i na końcu jeszcze baza. Niby to wszystko jest w dobrej wierze, ale bez przemyślenia, czy skóra naprawdę jest w stanie to udźwignąć. Makijaż nie lubi nadmiaru, a im więcej produktów zostaje na powierzchni skóry, tym większe ryzyko, że zamiast współpracować, zaczną się wzajemnie przesuwać, ścierać i rozwarstwiać.

Skóra, na którą ma trafić makijaż, powinna być przygotowana, ale nie obciążona. Niby to mała różnica, ale ma znaczenie. Przygotowana pod makijaż cera daje nam komfort taki jak brak uczucia ściągnięcia, brak też śliskości czy lepkości. Jeśli po pielęgnacji twarz jest wyraźnie tłusta w dotyku, makijaż będzie miał problem, by na niej zostać bez śladów naruszenia. Jeśli tej pielęgnacji jest zbyt skąpo, podkład zacznie podkreślać wszystko to, co miało zostać wygładzone.


Nie bez znaczenia jest zachowanie również pewnych odstępów czasowych. Pielęgnacja nie powinna być traktowana jak tło, które można pominąć w pośpiechu. Skóra potrzebuje kilku minut, by przestać aktywnie reagować na nałożone produkty. Makijaż nałożony zbyt szybko trafia na powierzchnię, która wciąż pracuje. Chodzi o to, że emulgatory, humektant, silikony nie zdążyły się jeszcze ustabilizować, a już nakładamy kolejne warstwy. Efekt może robić  niespodzianki, i to niezależnie od jakości kosmetyków.

Ważna jest też spójność konsystencji. Lekkie, wodniste pielęgnacje zazwyczaj dobrze współgrają z makijażem, ale nie zawsze zapewniają komfort w chłodniejsze dni. Znów kremy bogate, czy regenerujące czy ochronne wymagają delikatniejszego traktowania oraz innej techniki aplikacji makijażu. Nie dlatego, że nie da się ich łączyć z podkładem, ale problem polega na tym, że makijaż musi się do nich dostosować, a nie odwrotnie.

Znaczenie ma również technika nakładania makijażu. Pielęgnacja zostawia pewien film na skórze, który łatwo naruszyć intensywnym rozcieraniem. Im więcej w makijażu  pocierania, tym większe ryzyko, że warstwa pielęgnacyjna przestanie być jednolita. Dlatego sposób, jakim aplikujesz podkład czy korektor, bywa ważniejszy niż to, jaki produkt wybierasz.


Warto też pamiętać, że nie każda pielęgnacja musi pracować przez cały dzień pod makijażem. Czasem lepszym rozwiązaniem jest lżejsza baza pod kosmetyki kolorowe, a intensywniejsza regeneracja dopiero wieczorem. Skóra w makijażu ma wyglądać dobrze i czuć się komfortowo, a nie realizować cały plan pielęgnacyjny naraz.

Łączenie pielęgnacji z makijażem to sztuka obserwacji. Żaden to gotowy schemat, ani też zestaw uniwersalnych zasad, natomiast umiejętność wyczucia, kiedy skóra jest już gotowa na kolejny etap. Kiedy przestaje być aktywna, a zaczyna być stabilna. To właśnie wtedy makijaż przestaje być maską, a zaczyna być naturalnym przedłużeniem pielęgnacji. Podzielicie się jeszcze swoimi spostrzeżeniami?

Pozdrowienia!✨

Makijaż na ponure dni i wczesne wieczory

 

                    Grudzień potrafi wywrócić codzienne życie do góry nogami. Wychodzimy z domu, kiedy wstaje słońce, wracamy, gdy jest już ciemno. Ten brak naturalnego światła wpływa nie tylko na naszą energię, ale też na sposób, w jaki makijaż prezentuje się w naszej rzeczywistości. Kolory łatwo mogą wyglądać zbyt chłodno, cera może sprawiać wrażenie bardziej zmęczonej, natomiast makijaż, który zwykle nam się podoba, nagle nie daje oczekiwanego efektu. Dlatego ten zimowy makijaż do pracy czy dokądkolwiek potrzebuje odrobiny innej strategii. Takiej, która wydobywa świeżość w warunkach sztucznego oświetlenia.


Najważniejsze jest przygotowanie cery. Skóra o tej porze roku jest ściągnięta, szybciej traci blask i łatwo wygląda na szarą. Delikatne nawilżenie i rozświetlenie podkładu już na etapie pielęgnacji robi ogromną różnicę. W sztucznym świetle lepiej sprawdzają się produkty dające naturalne odbicie światła, a nie mocne matowienie. Zimową porą podkład powinien wyrównać koloryt i nadać miękkość rysom, ale nie tworzyć kolejnych warstw. W ciemniejszych miesiącach każda przesada w kierunku tworzenia maski staje się bardziej rzucająca w oczy.


Oczy zyskują, gdy otwierają spojrzenie. W zimowej porannej ciemności dobrze działa subtelne podkreślenie linii rzęs, ale nie grubą kreską, ale delikatnym przyciemnieniem tuż u nasady. Taki zabieg dodaje wyrazistości bez wrażenia ciężkości.  Dominujące wszędzie światło LED ochładza tony cieni, dlatego warto sięgać po bardziej neutralne lub lekko ciepłe odcienie. Nawet minimalistyczny makijaż oka zmienia odbiór całej twarzy, gdy odrobina cienia ociepla spojrzenie, zamiast je przygasić.

Róż używany zimą jest sprzymierzeńcem. Używanie go to najprostszy sposób, by twarz przestała wyglądać na zmęczoną. W świetle, które wybija chłodne tony, lepiej sprawdzają się odcienie z kroplą brzoskwini. Takie odcienie nie są nachalne, a mimo to przywracają urok policzkom. Podobnie jest z rozświetlaczem. w zimowych porankach bardziej naturalnie wygląda delikatna, satynowa poświata niż intensywne, brokatowe akcenty.

Kropką nad "i" w makijażu są usta. Zimą szybko tracą kolor i łatwo wyglądają na spierzchnięte, dlatego kremowe, lekkie formuły sprawdzają się lepiej niż pełna matowość. Zimową porą dobrze prezentują się odcienie zbliżone do naturalnego pigmentu warg, bo nie kłócą się ze sztucznym światłem i nie zmieniają drastycznie tonu w ciągu dnia. Taki wybór dodaje świeżości, a jednocześnie wygląda profesjonalnie.

Zimowy makijaż do pracy nie musi być bardziej pracochłonny. Chodzi o świadome wybory, które współgrają z ciemnymi porankami i wieczorami. Subtelne ocieplenie kolorów, lekka świeżość cery i delikatne podkreślenie rysów sprawiają, że nawet w najmniej sprzyjającym świetle twarz wygląda czysto, spokojnie i świeżo. Dzięki temu nasz codzienny makijaż przestaje walczyć z zimą, a ją łagodzi.

Pozdrowienia! ✨

Rzęsy 3D z maskarą Inimitable Intense Chanel

 

                 Tusz do rzęs, to must have w mojej kosmetyczce. Mocno czarne rzęsy, to już nie moja bajka, oprawa moich oczu z wiekiem robi się jaśniejsza, wybrałam więc brązowy kolor Inimitable Intense Chanel, która zapewnić ma intensywny efekt makijażu 3D czyli zwiększyć objętość, długość rzęs, podkręcić i rozdzielić. Czy spełnia moje oczekiwania?


Chociaż podobają mi się przeróżne wymyślne opakowania, to Chanel ma chyba jedyne, które jest wyjątkowo trwałe, a przy tym bardzo eleganckie. Nic tu się nie wyciera z czasem, wszelkie złocenia nie tracą blasku. Logo na szczycie opakowania też nie traci swojego białego koloru. Opakowanie dobrze się domyka, nie robi dziwnych niespodzianek, wszystko jest dopracowane na najwyższym poziomie.

Na spodzie opakowania naklejona jest maleńka etykietka, z której dowiemy się podstawowych informacji, ale jeśli chcemy znaleźć ich więcej, to jest jeszcze dołączony kartonik o podobnej szacie graficznej.



Smukła, elastomerowa szczoteczka  zbudowana jest z niezwykle cienkich, precyzyjnie ułożonych włosków, które zapewniają optymalne przyleganie i aplikację maskary. Precyzyjnie łapie nawet krótkie włoski, dobrze je rozdziela i pozwala dobudować efekt bez  sklejania i grudek. W połączeniu z odpowiednio skomponowaną formułą zapewnia wielowymiarowy efekt. 


Maskara Inimitable Intense zawiera 6g brązowego tuszu, który ma zachwycić efektem 3D, czyli wydłużyć, pogrubić, podkręcić, no i rozdzielić rzęsy dzięki zawartym w jego formule składnikom.

  • Kompleks kopolimeru winylu nadaje tuszowi płynną konsystencję, która powleka rzęsy, pozwalając osiągnąć intensywny efekt  makijażu bez sklejania.
  • Wosk parafinowy i mikrokuleczki wosku pozwalają uzyskać intensywną objętość oraz długość rzęs.
  • Woski carnauba i wosk pszczeli zapewniają lśniący efekt makijażu i zwiększają objętość rzęs.
Tusz jest testowany oftalmologicznie, odpowiedni dla osób noszących soczewki kontaktowe, także dla bardzo wrażliwych oczu, co mogę potwierdzić. 

Wybrałam kolor brązowy, ale jest jeszcze kolor czarny tego tuszu.




Skład INCI

AQUA (WATER) | ORYZA SATIVA CERA (ORYZA SATIVA (RICE) BRAN WAX) | INULIN | CERA ALBA (BEESWAX) | CELLULOSE | STEARIC ACID | PALMITIC ACID | CERA CARNAUBA (COPERNICIA CERIFERA (CARNAUBA) WAX) | ACACIA SENEGAL GUM | AMINOMETHYL PROPANEDIOL | HYDROXYETHYLCELLULOSE | SODIUM DEHYDROACETATE | CHLORPHENESIN | TOCOPHERYL ACETATE | SILICA | POLYQUATERNIUM-10 | SODIUM BENZOATE | [+ / - (MAY CONTAIN) | CI 75470 (CARMINE) | CI 77000 (ALUMINUM POWDER) | CI 77007 (ULTRAMARINES) | CI 77163 (BISMUTH OXYCHLORIDE) | CI 77288 (CHROMIUM OXIDE GREENS) | CI 77491, | CI 77492, | CI 77499 (IRON OXIDES) | CI 77510 (FERRIC AMMONIUM FERROCYANIDE) | CI 77510 (FERRIC FERROCYANIDE) | CI 77742 (MANGANESE VIOLET) | CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE) | MICA] | BS000765A




Nie wiem jak Wam się spodoba efekt tej maskary, bo w końcu nie są to rzęsy jak reklamy, ale nie ma to też być reklama, bo każdy ma inne rzęsy, inne potrzeby i wymagania. Jak na moje nie pierwszej młodości rzęsy, efekt może być, bo i rzęsy są bardziej widoczne, są też lekko uniesione. Brązowy kolor tuszu ma dać lżejszy, nie przytłaczający efekt, ale na przykład dla brunetek, czy osób  o chłodnym typie urody może być zbyt delikatny.
Poprzednia wersja, której miałam miniaturkę, nie miała w ofercie tego koloru, dlatego wybrałam akurat ten tusz.

Maskara Inimitable Intense Chanel jest ze mną już kilka tygodni,  a efekt ciągle jest ten sam. Tusz sprawdzał się od samego początku, nie był zbyt rzadki od pierwszego dnia, kiedy go użyłam,  nie odbijał ani razu  się na górnej powiece. Bardzo łatwo daje się rozczesać przy pomocy szczoteczki. Łatwo można dodać  kolejną warstwę, budując bardziej spektakularny efekt.
Tusz do rzęs nie osypuje się, nie rozmazuje, nadany efekt trwa cały dzień. Chociaż nie jest wodoodporny to najlepiej zmywa się go olejkiem. Muszę jeszcze na koniec dodać, że idealnie nadaj się do wrażliwych oczu, co dla mnie jest priorytetem przy wyborze tego rodzaju kosmetyków. Maskara Inimitable Intense Chanel spełnia moje oczekiwania, ale nie po to tu jestem, żeby coś ,,wciskać". Jeśli macie ochotę na ten tusz, warto korzystać z promocji. 

Pozdrowienia! ✨



Dziękuję za każdą kawę ☕

instagram

Copyright © W Blasku Marzeń.