Treść większego napisu

Główne kategorie

Treść mniejszego napisu

NA BLOGU

Kosmetyczni i nie tylko ulubieńcy stycznia

 
  

           Minął już pierwszy miesiąc nowego roku, nie może się obyć bez ulubieńców. Oprócz niedawno poznanych produktów, są tu też takie, które znam od dawna, a które wyjątkowo sprawdzają się przy mroźnej zimie. I są to nie tylko same kosmetyki.


Zimny styczeń już nie wzbudził u mnie potrzeby ogrzania i nie tylko pod względem zimowej atmosfery. W takich dniach oprócz dużej ilości światła  potrzebuję zadbać o siebie z podwójną troską. Takie dni nie sprzyjają piciu samej wody, potrzebuje się czegoś gorącego. Z miłości do różanych smaków sprawiłam sobie pyszną aromatyczną herbatę Adalbert's, która już od rana poprawia mój nastrój. Herbatę zaparzam w sitku, dzięki czemu mogę wypić do samego dna, nie natykając się na fusy.



Drugą ulubioną herbatą jest napar ,,Zimowe rozgrzanie" Herbapol. Jaki ona ma  niesamowity smak! Sypię ją prosto do kubka, a fusy w postaci suszonych owoców są jadalne i też bardzo smaczne. Uwielbiam.



Lubię nie tylko sama pachnąć, ale uwielbiam też, kiedy zapach roznosi się po całym domu i nie powoduje to bólu głowy. Świecę Hidden Label o zapachu lawendy już wypaliłam, a zapach nie męczył, natomiast był niesamowicie kojący. Świeczkę dostałam, nie jest w tej chwili dostępna w sieci, ale widziałam świece tej marki na Amazonie i chętnie zamówię choćby to była świeca w inny zapachu nawet w ciemno.

Zimą moje usta uwielbiaja się wysuszać na wiór. W domu do ich  regeneracji stosuję maskę do ust Lip Sleeping Mask Strawberry Shortcace Laneige.  Jest ona jednocześnie maską, balsamem, nawet błyszczykiem. Od kiedy poznałam, nie używam już żadnych aptecznych czy zielarskich balsamów czy maści, bo i tak to był dla mnie zawsze pic na wodę. Kiedy wychodzę na zewnątrz, chcę, żeby moje usta nie tylko zdrowo wyglądały, ale muszą też być widoczne. Wtedy najlepiej sprawdza się pomadka do ust Rouge Coco Flash 90 Jour Chanel, która nie tylko nadaje kolor, ale też nawilża, odżywia i chroni przed bardzo zimnym powietrzem, także przed wiatrem. Bardzo lubię też błyszczyk do ust Gloss Bomb Oil Fenty Beauty. Ten błyszczyk jest wyjątkowo trwały, nie klei się do włosów, zresztą mam czapkę, pięknie nabłyszcza i chroni usta.


Także i zimą potrzebuję pięknych zapachów. Woda perfumowana Chanel 5 wzbudza różne emocje i też nie od ten zapach razu mi się spodobał, ale po wypróbowaniu go ponownie w perfumeriach postanowiłam sobie zrobić prezent i zamówiłam bezpośrednio ze strony Chanel. razem z gratisową zawieszką. Marka często robi takie prezenty. Zapach na mojej skórze jest bardzo trwały, pachnie do następnego dnia, na płaszczu trzyma się jeszcze dłużej. Chanel 5 był już w ulubieńcach roku, ale on ma taką magiczną moc, że musiałam go jeszcze raz umieścić w tym poście.

Olejek Huile Prodigieuse Or Florale Nuxe już od dawna był na mojej liście zakupowej, ale zdążyłam go już otrzymać w prezencie w stacjonarnej aptece. Jeszcze nie ma recenzji, ale wątpię czy doczeka lata, nie żałuję go sobie. Moja skóra nim pięknie pachnie.

Wydaje mi się, że moja tolerancja na zimę bardzo spadła, do tego gardło od dawna miałam wyjątkowo wrażliwe. Szalik z wełny merynosa Ansin to mój zeszłoroczny prezent od siebie samej. Drogi był, ale nie żałuję żadnej złotówki. Żaden szalik tak do tej pory mnie nie ogrzewał, i myślę, że dość późno się na niego zdecydowałam. Piorę go w rękach, bardzo delikatnie odwirowuję w pralce, na szczęście  nic się nie dzieje, co miałoby mnie zaniepokoić. Piorę w rękach, bo jedną czapkę na programie wełnianym sfilcowałam i i już pralce nie zaufam. Rękawiczki Wittchen tak samo są zeszłoroczne, z miękkiej  skóry, dobrze ogrzewają moje dłonie. Co u Was się sprawdziło w styczniu najbardziej?

Pozdrowienia! ✨

Między sukcesem a przypadkiem

 

          Lubimy myśleć, że mamy nad wszystkim kntrolę. Że jeśli coś nam się udało, to wyłącznie dzięki własnej pracy, rozsądkowi czy sprytowi. Że skoro nam wyszło, to inni widocznie starali się za mało, źle wybrali albo po prostu byli gorsi. To bardzo kusząca narracja, bo daje poczucie siły oraz porządku w świecie, który w rzeczywistości porządny bywa rzadko.

Prawda jest jednak mniej wygodna. Nie wszystko zależy od nas. Im szybciej to zrozumiemy, tym mniej będziemy skłonni do zbyt łatwych ocen.

Każdy człowiek idzie przez życie z innym bagażem. Jedni startują z zapasem bezpieczeństwa, inni z lękiem, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Są tacy, którym zdrowie pozwala działać bez ograniczeń, ale są też tacy, którzy codziennie muszą negocjować z własnym ciałem. Są decyzje podjęte w spokoju i takie, które zapadają pod presją, w zmęczeniu albo strachu. Od zewnątrz wszystko wygląda prosto. Natomiast od środka rzadko kiedy.

Nadmierna pewność siebie często bierze się z niepełnej perspektywy. Z mylenia sprzyjających okoliczności z wyłączną zasługą. Z przekonania, że skoro dziś jesteśmy „na górze”, to już tak zostanie. A historia, zarówno ta wielka, jak i zupełnie prywatna pokazuje, jak kruche bywa to poczucie stabilności. Wystarczy jeden nieprzewidziany zbieg zdarzeń, choroba, błąd, którego wcześniej nie musieliśmy popełnić, by role się odwróciły.

Drwina z innych jest w tym sensie podwójnie krótkowzroczna. Po pierwsze - dlatego, że opiera się na niepełnej wiedzy. Po drugie - bo zakłada trwałość własnej pozycji. A ta, jak wiadomo, nie jest dana raz na zawsze. To, z czego dziś się śmiejemy, jutro może stać się naszym własnym doświadczeniem.

Dawniej mówiło się, że pokora to nie umniejszanie siebie, ale świadomość granic. Tego, że obok wysiłku zawsze istnieje przypadek, los, okoliczność. Że sukces nie jest dowodem wyższości, natomiast porażka moralnej słabości. To podejście nie odbiera ambicji ani odpowiedzialności. Przeciwnie: uczy uważności i szacunku, także wobec tych, którzy idą wolniej albo inną drogą.

Nie chodzi o to, by rezygnować z wiary w siebie. Chodzi o to, by nie budować jej na cudzym potknięciu. Pewność siebie, która nie potrzebuje drwić z innych, jest znacznie trwalsza. I znacznie lepiej świadczy o człowieku.

Bo ostatecznie każdy z nas jest tylko o jeden zbieg okoliczności od tego, by znaleźć się po drugiej stronie oceny. I dobrze o tym pamiętać, zanim pozwolimy sobie na zbyt łatwy uśmiech wyższości.


Pozdrowienia! ✨

Od ochry do glamour, czyli historia czerwonej szminki

            

            Czerwona szminka nie jest nowym wynalazkiem ani chwilową modą. Towarzyszy kobietom od tysięcy lat i w każdej epoce miała swoje konkretne znaczenie. Zmieniały się receptury, składniki i sposób jej noszenia, ale sam kolor pozostał niezmienny. Wyrazisty, widoczny i zawsze zauważany. Dobrze dobrany pasuje każdej kobiecie.

Pierwsze czerwone szminki nie były niczym innym jak tylko prostymi mieszaninami pigmentów i tłuszczów. W starożytnej Mezopotamii używano czerwonej ochry, czyli sproszkowanych tlenków żelaza, które mieszano z olejami lub tłuszczami zwierzęcymi. Barwione usta nie były wtedy ozdobą codzienną, lecz oznaką pozycji społecznej i dostępu do dóbr, które nie były powszechne.

W Egipcie czerwień stała się elementem kultury wizualnej i rytuału. Stosowano czerwone ochry oraz barwniki pochodzenia zwierzęcego, między innymi pochodzące z owadów kermes, łączone z woskiem pszczelim. Intensywne usta nosili zarówno mężczyźni, jak również kobiety, a najbardziej znaną postacią pozostaje Kleopatra, która traktowała makijaż jako świadome narzędzie budowania wizerunku władczyni.

W starożytnych Chinach popularny był cynober, czyli siarczek rtęci, dający głęboką, chłodną czerwień. Chociaż dziś już wiadomo, że był on substancją toksyczną, przez wieki wykorzystywano go w kosmetyce, malarstwie, także w ceremoniale dworskim. Czerwone usta miały tam znaczenie estetyczne i symboliczne, związane z prestiżem i formalnym wyglądem.

W Grecji i Rzymie stosowano zarówno barwniki roślinne, takie jak marzanna, jak i pigmenty mineralne oraz zwierzęce, w tym kermes i minium. Makijaż ust był obecny w życiu codziennym, jednak jego odbiór zależał od osoby, która go nosiła. U arystokratek podkreślał status, u aktorek i kurtyzan bywał odczytywany jako prowokacyjny.

Średniowieczna Europa oficjalnie odrzucała makijaż, ale w praktyce kobiety sięgały po domowe środki barwiące: soki z buraków, jagód czy wyciągi z marzanny. Czerwień była wtedy przygaszona, prywatna i pozbawiona demonstracyjnego charakteru, lecz sama potrzeba podkreślania ust nie zniknęła. 

Prawdziwy przełom jednak przyniósł XX wiek. Dzięki oczyszczonym barwnikom z koszenili oraz rozwojowi pigmentów syntetycznych czerwona szminka stała się trwała, powtarzalna, ale również dostępna. Noszone przez gwiazdy kina, takie jak Greta Garbo czy Marilyn Monroe, czerwone usta stały się znakiem rozpoznawczym kobiecej pewności siebie i elegancji, a nie chwilowej mody.

W ciągu tych wielu lat zmieniał się nie tylko skład szminki, ale również jej aplikacja. W czasach gdy pomadki były tylko lekko kolorowanymi mazidłami, bardzo popularna była metoda 3 palców. Panie odciskały palcem znak na środku warg, następne dwa na górnej, oraz jeden na dolnej, by potem rozetrzeć je na całe usta. W miarę jak pomadki stawały się coraz bardziej intensywne, coraz częściej sięgano po pędzelki aby nadać bardziej precyzyjny kształt. Moda na kształt ust również ulegał zmianom się w przeciągu ostatniego wieku. Wydawało by się, że już wszystko było modne, ale nadal nie wiemy co nas jeszcze czeka w przyszłości.

Dziś czerwona szminka funkcjonuje poza sezonowością trendów. Jest wyborem, który nie wymaga uzasadnienia. Dla jednych oznacza elegancję, dla innych siłę, dla jeszcze innych zwykłą przyjemność powrotu do czegoś sprawdzonego. Jej historia, oparta na realnych pigmentach i konkretnych kobietach, sprawia jednak, że ten kolor nigdy nie jest zupełnie neutralny.

Czerwona szminka przetrwała nie dlatego, że podążała za modą, ale dlatego, że odpowiadała na realną potrzebę. Była elementem wizerunku, świadomym gestem i znakiem ciągłości. Przez wieki zmieniały się składniki, receptury i kontekst, jednak sam sens pozostał ten sam. To kolor, który nie znika wraz z sezonem, bo nie powstał na jeden moment. I właśnie dlatego nieustannie do niego wracamy.

Pozdrowienia! 💋

Co jest ważne w pielęgnacji skóry pod oczami


              Bardzo ważna w pielęgnacji twarzy jest znacznie cieńsza skóra pod oczami. Ponieważ jest ona cienka, to jest też znacznie delikatniejsza, dlatego tu najszybciej powstają podrażnienia, dużo szybciej powstają też zmarszczki. Oprócz zmarszczek pojawiają się też zasinienia i worki pod oczami, które nie wyglądają estetycznie, nie są też zależne od samej pielęgnacji. Jak temu zapobiec, jak zachować młodość piękną skórę w tych okolicach?

Chanel no. 5 - Klasyka, która nie przemija

 

               Są perfumy, które pojawiają się i znikają wraz z modą. Są też takie, które zostają na długie lata. Nie dlatego, że znajdują  się akurat w trendach mody, ale dlatego, że są ponadczasowe. Chanel No. 5 to zapach, który nie próbuje się przypodobać na siłę. Od ponad stu lat prostu jest. I od ponad stu lat jest chyba najbardziej znany na świecie. Jedni kochają ten zapach, inni nienawidzą, ja go uwielbiam.  Zapach  ten towarzyszy mi w wersji wody perfumowanej.

Chanel No. 5 pojawił się w 1921 roku, w momencie kiedy zapachy były jeszcze dość oczywiste, łatwe w odbiorze, jedno kwiatowe. Gabrielle Chanel nie szukała kolejnego kwiatowego perfumu, który miałby ładnie pachnieć. Zależało jej na zapachu czystości, porządku i elegancji, czymś, co kojarzyłoby się z kobietą zadbaną, ale nie ze zwykłym bukietem.

Ernest Beaux przygotował kilka wersji kompozycji. Jedna z nich zawierała wyraźnie wyczuwalne aldehydy, składniki wówczas rzadko stosowane w takiej ilości. To one nadały zapachowi charakterystyczną świeżość, lekko mydlany ton i wrażenie chłodnego dystansu. Chanel wybrała właśnie tę wersję. Nazwa pozostała robocza, prosta, pozbawiona opisu. Numer pięć miał być też jej szczęśliwą cyfrą.

Zapach od początku był odbierany jako inny. Nie dawał natychmiastowej przyjemności, nie był słodki ani jednoznaczny. Z czasem rozwijał się na skórze, pokazując kwiatowe serce i cieplejszą bazę. Dla wielu kobiet był zapachem czystym, dla innych znów zbyt poważnym. Nie próbował nikogo uwodzić, raczej towarzyszył.

Flakon w niczym nie przypominał znanych w tamtejszych czasach ozdobnych flakonów. Stworzony był w zwykłym prostym stylu przypominając raczej piersiówkę noszoną przez jej ukochanego. Chanel nie chciała oprawy, która odwracałaby uwagę od zawartości. Ta prostota okazała się na tyle trafiona, że do tej pory pozostała niezmienna.

Chanel No. 5 był zapachem noszonym na co dzień, nie był on wtedy jeszcze symbolem wyjątkowych okazji. Używały go kobiety pracujące, podróżujące, prowadzące zwyczajne jak na tamte czasy normalne życie. Z czasem zaczął kojarzyć się z określonym pokoleniem i stylem, co dziś bywa odczytywane jako „zapach dawnych czasów”. 

Zapach ten już od początku łamał zasady. Kiedy perfumy pachniały tylko jednym kwiatem jak na przykład róża, fiołek czy konwalia, ten zapach był złożony, wielowarstwowy, trudny do jednoznacznego opisania. Aldehydy nadały mu charakter mydlanej czystości w luksusowym wydaniu. Jaśmin i róża zbudowały serce, natomiast ciepła baza sprawiła, że zapach nie był zimny ani odległy.

Chanel No. 5 w wersji wody perfumowanej rozwija się spokojnie i bez pośpiechu. Od pierwszej chwili daje wrażenie czystości, ale nie tej chłodnej i świeżej, ale raczej ciepłej, dobrze znanej. Jest w nim lekko kremowa nuta mydlana, jak zapach skóry tuż po kąpieli w eleganckim stylu.

Po chwili zapach nabiera głębi. Pojawiają się kwiaty, ale nie w swojej naturalnej, ogrodowej postaci. Są wygładzone, dyskretne, jakby przefiltrowane przez puder i światło. Jaśmin wnosi aksamitność, róża porządek i strukturę. Nic tu nie wybija się na pierwszy plan. Wszystko jest ułożone i podporządkowane jednej całości.

Z czasem kompozycja staje się cieplejsza i bardziej otulająca. Wanilia nie jest już słodka, natomiast drzewne tony pozostają suche i stonowane. Zapach osiada blisko skóry, tworząc wrażenie spokoju i stabilności. Nie zmienia się, raczej trwa, jakby był częścią osoby, która go nosi.

  • Nuty głowy: Aldehydy, Ylang-ylang, Neroli, Bergamotka i Cytryna;
  • Nuty serca: Irys, Jaśmin, Róża, Korzeń irysa i Konwalia;
  • Nuty bazy: Cywet, Piżmo, Drzewo sandałowe, Bursztyn, Mech, Wanilia, Wetyweria i Paczula.

Chanel No. 5 EDP to nie jest zapach, który opowiada prostą historię. Nie flirtuje. Jest to zapach skupiony, wyważony, elegancki w sposób naturalny, który na długo pozostaje w pamięci. Dlatego dla jednych ten zapach jest zbyt poważny, dla innych absolutnie doskonały. Nie każdy go polubi, ale też nie musi. Zapach Chanel No. 5 nie został stworzony po to, by się podobać wszystkim, co trudno żeby mogło być możliwe. Dlatego nadal wywołuje różne emocje i cały czas się o nim mówi. Na mnie pachnie wiele godzin, ale u innych może być różnie, co też zależy od różnych czynników. 

Mi nikt nie jest w stanie obrzydzić tego zapachu, bo jak coś lubię, to się o zdanie nie pytam. Przede mną jeszcze są inne zapachy Chanel, a niektóre już kiedyś miałam i też uwielbiam nadal. Który z zapachów Chanel jest Wam najbliższy?

Pozdrowienia! 🌸




Fragonard Fleur d’Oranger Intense - zapach, którego się nie zapomina


              Są perfumy, które ładnie pachną, są też takie, które zostają w głowie na dłużej, ponieważ budzą skojarzenia, emocje, obrazy. Fleur d’Oranger Intense należy do tej drugiej grupy. To zapach, który nie próbuje być nowoczesny, natomiast przypomina, dlaczego perfumy powinno traktować się jak coś osobistego.


Flakon w edycji Intense Luxe zaprojektowany został z dbałością o detale. Elegancka butelka, która podkreśla luksusowy charakter kompozycji z przyjemnością może być ozdobą toaletki. Ponieważ nie mam pełnowymiarowej wersji tego zapachu, wstawiam tu zdjęcie zapisane ze sklepu internetowego, ale chętnie je wymienię, kiedy tylko uda mi się kupić ten flakonik.



Fleur D'oranger Intense Fragonard wydany został w 2016 roku przez francuski dom perfumeryjny Fragonard w 2016 roku. Jest to kompozycja skoncentrowana wokół kwiatu pomarańczy i białych kwiatów, zaprojektowana jako intensywniejsza wersja klasycznego zapachu Fleur d’Oranger.

Dom Fragonard natomiast ma znacznie dłuższą historię. Założony został w 1926 roku na południu Francji Grasse,  mieście słynącym od wieków nie tylko z uprawy kwiatów, ale również tworzenia perfum. Marka używająca naturalnych składników i surowców od początku związana jest z tradycyjną sztuką perfumeryjną.

Na krótko przed I wojną światową Eugne Fuchs, przedsiębiorca w glebi duszy uwiedziony już magią perfum, zdecydował sie założyć własną perfumerię opartą na nowatorskiej koncepcji sprzedaży produktów perfumeryjnych bezpośrednio turystom, którzy zaczynali odgrywać uroki francuskiego Riveras. Perfumeria Fragonard została otwarta w 1926 roku. Eugne Fuchs nazwał ja na cześć słynnego malarza urodzonego w Grasse, Jeana-Honora Fragonarda jako hołd zarówno dla miasta Grasse, jak i dla udoskonalenia sztuki XVIII-wiecznej. Podobno wybór imienia wyrażał chęć prowadzenia działalności w zgodzie z tradycjami. Tego ducha lojalnie podtrzymywaly trzy kolejne pokolenia, które kierowały i nadal prowadzą firmę.


Źródło 


Fleur D'oranger Intense już od pierwszej chwili wyczuwa się, że nie jest to ten lekki zapach który nosimy tylko latem. Cytrusy w otwarciu są spokojne, naturalne, jak poranne światło wpadające przez okno. Nie grają pierwszych skrzypiec, ale delikatnie wprowadzają w serce kompozycji, gdzie wszystko zaczyna się naprawdę. Kwiat pomarańczy jest tu gęsty, kremowy, także lekko miodowy. Ma w sobie coś kojącego, a jednocześnie bardzo kobiecego.

Z czasem zapach osiada bliżej skóry. Robi się cieplejszy, bardziej miękki, jakby uspokajał oddech. Jaśmin dodaje mu łagodności, a miód i drzewo sandałowe sprawiają, że całość staje się przytulna, ale nie ciężka. 


Nuty zapachowe:

  • bergamotka, mandarynka
  • kwiat pomarańczy, jaśmin
  • miód, drzewo sandałow


Fleur d’Oranger Intense pachnie jak wspomnienie czegoś dobrego. Jak chwila spokoju, która nie potrzebuje świadków. To zapach dla osób, które nie szukają komplementów od przypadkowych ludzi, tylko chcą nosić coś, co naprawdę z nimi rezonuje. To niszowy zapach, który z powodzeniem można nosić na co dzień. Jest to zapach bardzo zmysłowy, kobiecy, pełen harmonii. 
Zanim otworzyłam tę saszetkę, zwlekałam z myślą, że po otwarciu szybko się ulotni. To była zbędna obawa, ponieważ chusteczka jest tak bardzo mocno nasączona tym zapachem tak, że można go użyć na kilka razy. Zapach już od samego  otwarcia jest po prostu niebiański, dający ukojenie letniego wieczoru. Zapisuję go tu także dla siebie jako kolejny na mojej zapachowej wishliście.


Pozdrowienia! ✨

Kiedy dobry wygląd przestaje być sprawą prywatną

 

           Presja dobrego wyglądu nie jest wynalazkiem naszych czasów. Ludzie od zawsze chcieli wyglądać pięknie i zdrowo. Różnica polega na tym, że dawniej była to kwestia obyczaju, higieny i umiaru, a dziś coraz częściej staje się powodem do nieustannej poprawy.

Jeszcze nie tak dawno dobry wygląd oznaczał zadbaną cerę, dobrze  ułożone włosy, także ubranie stosowne do okazji. Naturalne oznaki wieku były czymś oczywistym, wpisanym w życie, doświadczenie, pozycję. Zmarszczki nie wymagały wyjaśnień ani korekty. Dziś są traktowane jak błąd, który należy jak najszybciej naprawić.

Media społecznościowe, filtry, nieustanna ekspozycja twarzy i ciała sprawiły, że wygląd przestał być dodatkiem do człowieka, a zaczął funkcjonować jako jego wizytówka. Wizerunek często wyprzedza treść. Zanim ktoś zostanie wysłuchany, bywa już oceniony - po skórze, ustach, owalu twarzy. To rodzi presję, której wcześniej po prostu nie było w takiej skali.

Tę potrzebę doskonale wykorzystuje medycyna estetyczna. Z jednej strony dała realne narzędzia takie jak poprawę jakości skóry, pomoc po chorobach, korektę zmian, które rzeczywiście wpływają na komfort życia. Z drugiej strony zaś coraz częściej oferuje rozwiązania problemów, które zostały wcześniej sztucznie stworzone. To już nie tylko mówi, że ktoś chce wyglądać lepiej, ale koniecznie i jak najszybciej czuje potrzebę wyglądać młodziej, bo inaczej czuje, że coś jest nie tak.


 

Nie myślcie sobie, że będę tu potępiać chęć upiększenia, poprawy stanu cery.bNiepokojący jest to, że granica normy zaczyna się przesuwać. Twarze stają się do siebie podobne, mimika ubożeje, a indywidualne rysy są traktowane jak defekt. Zamiast dyskretnej korekty pojawia się potrzeba ciągłego ulepszania. Kolejny zabieg, kolejna poprawka, kolejny „plan”. Wygląd przestaje być efektem życia, staje się zadaniem do wykonania. Powiększane usta rzadko wyglądają na naturalne, bez trudu daje się zauważyć, że są powiększane.

Można też wziąć pod uwagę zmianę pokoleniową. Coraz młodsze osoby interesują się zabiegami, które dawniej były zarezerwowane dla dojrzałego wieku. Zapobieganie zamienia się w nadgorliwość, natomiast naturalna twarz dwudziestolatki bywa postrzegana jako niewystarczająca. To nie jest już kwestia estetyki, ale lęku przed starzeniem, oceną, wypadnięciem z obiegu.

Dokąd to zmierza? Jeśli tempo się utrzyma, ryzykujemy utratę różnorodności i akceptacji dla naturalnego wyglądu. Starzenie już staje się czymś wstydliwym, a twarz produktem wymagającym stałej kontroli. A przecież przez wieki było inaczej: wiek niósł ze sobą autorytet, a nie konieczność maskowania.

Jeszcze raz wspomnę, że nie chodzi o potępianie medycyny estetycznej jako takiej. Rozsądek, umiar i realna potrzeba zawsze były częścią dobrego obyczaju. Problem zaczyna się wtedy, kiedy presja z zewnątrz zastępuje własną ocenę, a poprawianie wyglądu staje się obowiązkiem, a nie wyborem.

Być może najwyższy czas wrócić do myślenia, że można dbać o siebie bez poprawiania się bez końca. W twarzy oprócz zmarszczek równie dobrze można ujrzeć historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Nie można też nie zauważyć kwestii zdrowotnych, które  zbyt często są spychane na margines. Zabiegi medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej, zwłaszcza te inwazyjne, zawsze niosą ze sobą ryzyko. Powiększanie piersi, choć bywa przedstawiane jako rutynowa procedura, wiąże się z możliwością powikłań: od infekcji i problemów z gojeniem, przez konieczność kolejnych operacji, aż po długofalowe konsekwencje dla organizmu. Implanty nie są rozwiązaniem długie lata. One wymagają kontroli, wymiany, niekiedy usunięcia, co rzadko wybrzmiewa w reklamowych spotach.

Coraz częściej mówi się także o przewlekłych dolegliwościach, bólu, zmęczeniu czy reakcjach autoimmunologicznych, które pojawiają się po latach. Niezależnie od sporów i statystyk jedno pozostaje niezmienne: ingerencja w zdrowe ciało nigdy nie jest obojętna. Natomiast decyzje podejmowane pod presją ideału rzadko są w pełni przemyślane.

Dlatego pytanie o kierunek, w jakim zmierzamy, dotyczy nie tylko estetyki, ale też odpowiedzialności. Czy naprawdę chcemy normalizować ryzykowne zabiegi jako element codziennej pielęgnacji? Czy młode kobiety powinny traktować operację jak kolejny etap dbania o siebie?

Być może najwyższy czas wrócić do prostszego myślenia: dbać o siebie, ale nie poprawiać się bez końca. Widzieć w twarzy i ciele historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Bo dobry wygląd nigdy nie polegał na perfekcji, tylko na harmonii, która z wiekiem się zmienia się, ale nie traci sensu.

Pozdrowienia! 🌸

Historia zapisana w szmince


             Są rzeczy, które towarzyszą nam od zawsze, nawet jeśli rzadko się nad nimi zastanawiamy. Jedną z nich jest malowanie ust. Tego typu makijaż robiono jeszcze na długo przed tym, zanim powstały drogerie, reklamy i całe to zamieszanie wokół kosmetyków. Tak naprawdę do dziś niewiele się w tym sensie zmieniło.

Historia szminki sięga dalej, niż mogłoby się wydawać. Zanim trafiła do eleganckich opakowań i naszych kosmetyczek, była mieszaniną minerałów, barwników roślinnych i tłuszczów. Już kilka tysięcy lat temu ludzie wiedzieli, że koor ust ma znaczenie społeczne, symboliczne, czasami nawet rytualne.

W starożytnej Mezopotamii usta barwiono sproszkowanymi kamieniami. W Egipcie stosowano intensywne pigmenty, często na bazie ochry czy karminu. Czerwień nie była tam zarezerwowana wyłącznie dla kobiet. Oznaczała pozycję i przynależność do elity. Kosmetyki traktowano poważnie, jako element kultury i codziennego życia.

W średniowiecznej Europie podejście do makijażu uległo zmianie. Malowanie ust bywało uznawane za niestosowne, a nawet grzeszne. Ideałem stała się naturalność, choć tak naprawdę kobiety nadal sięgały po domowe sposoby. Szminka zeszła powiedzmy, że do podziemia, ale nie zniknęła.

Powrót naszej szminki przyniósł dopiero renesans. Na dworach królewskich, zwłaszcza we Francji, także Anglii, malowane usta znów stały się oznaką statusu. Używali jej zarówno arystokraci, jak i władczynie. Kolor był dość mocny, no i tak wyrazisty, że aż widoczny z daleka. Dokładnie taki, jakiego wymagała epoka splendoru.

Prawdziwy przełom nastąpił dopiero w XX wieku. Szminka zyskała wtedy wygodną już formę, stała się bardziej dostępna, przestała być już przywilejem nielicznych. Jednocześnie zaczęła symbolizować niezależność, kobiecą siłę i prawo do decydowania o własnym wyglądzie.


Później już niewiele zmieniło, jeśli chodzi o makijaż ust. Szminka po prostu się upowszechniła, stała się łatwo dostępna, tańsza, zwyczajna. Przestała być tematem samym w sobie, weszła do naszej codzienności. I na tym właściwie kończy się jej historia jako zjawiska. Dalej nie ma już przełomów, tylko różne wersje tego samego gestu, który znamy od dawna.

Dziś traktujemy ją często jak mały, często biżuteryjny drobiazg, który jest niezbędnikiem w niejednej kosmetyczce. A mimo wszystko ten drobiazg niesie ze sobą długą historię zmieniających się obyczajów, ról społecznych, no i podejścia do kobiecości. 

Pozdrowienia! 💄

Dlaczego minimalizm jest szkodliwy

                  W ciągu  ostatnich lat minimalizm dorobił się statusu niemal moralnej cnoty. Takiej niemal  świętości, której należy się trzymać. Mniej rzeczy, mniej bodźców, mniej zobowiązań, za to obietnica spokoju, wolności i lepszego życia. Brzmi to niby rozsądnie, ale problem zaczyna się wtedy, gdy to „mniej” zamiast być wyborem, staje się nakazem. Obserwując tego typu trend, można dostać wysypki.

Człowiek od zawsze gromadził. Przedmioty miały znaczenie nie tylko praktyczne, ale również symboliczne, a także emocjonalne. Dom nie był sterylną przestrzenią, ale miejscem pamięci. Meble dziedziczone po rodzinie, książki czytane latami, pamiątki przypominające o ludziach oraz wydarzeniach. Minimalizm próbuje to wszystko unieważnić, sprowadzając wartość rzeczy wyłącznie do ich użyteczności tu i teraz. A życie przecież nie składa się tylko z funkcji.

W minimalizmie irytująca jest także presja, jaką wywiera. Zamiast ulgi pojawia się obawa: czy mam za dużo, czy to już nadmiar, czy powinnam się pozbyć kolejnej rzeczy, by „żyć lepiej" właśnie tu i teraz. Paradoksalnie, zamiast wolności pojawia się nowa forma kontroli, jednak tym razem innego rodzaju. Porządek przestaje służyć człowiekowi, za to człowiek zaczyna służyć porządkowi.

Minimalizm często ignoruje różnice między ludźmi. Nie każdy czuje się dobrze w pustej przestrzeni. Dla jednych nadmiar jest przytłaczający, dla innych akurat  odwrotnie. Książki na półkach, tkaniny, kolory, przedmioty z historią potrafią dawać poczucie zakorzenienia, ciągłości. Odrzucanie ich w imię trendu bywa formą odcinania się od własnej tożsamości.

Minimalizm może być też odczuwalny jako praktyczny. Uczy, że w każdej chwili można się czegoś pozbyć, bo w razie potrzeby da się to odkupić. To myślenie choć podane w ascetycznym opakowaniu jest bardzo krótkowzroczne, no i niestety  też konsumpcyjne. Dawniej rzeczy się przechowywało, naprawiało i szanowało. Nie dlatego, że było się minimalistą, ale dlatego, że miały wartość.

Minimalizm nie zostawia miejsca na słabość. Nie pozwala sentyment, przywiązanie, chaos wynikający bezpośrednio z życia. A życie rzadko bywa idealnie uporządkowane. Próba wciśnięcia go w estetyczne ramy często kończy się frustracją i poczuciem winy, że znów coś nie wyszło.

Nie chodzi o to, by bronić bałaganu czy bezrefleksyjnego gromadzenia. Chodzi o umiar, zdrowy rozsądek, o prawo do posiadania rzeczy, które nie są modne, ale są dla nas ważne. Chodzi  też o przestrzeń, która nie wygląda jak z katalogu, ale przytulne miejsce, gdzie odpoczywamy. Nie mam zamiaru, ani czasu  na to, by liczyć obsesyjnie, ile mam ubrań, torebek czy kosmetyków. Kiedy kupuję coś nowego, nie szukam na siłę, by się czegoś pozbyć, bo ,,tak wypada". Nie pozbywam się też starych pocztówek, czy innych  rzeczy, do których czuję sentyment, bo stały się ,,niemodne". 

Minimalizm jako narzędzie może być pomocny, ale jako ideologia często bywa szkodliwy. Własny spokój nie polega na ciągłym odejmowaniu, ale na mądrym wyborze tego, co chcemy zachować. 

Pozdrowienia! ✨

Tekst większego napisu nagłówka

Polecam

Tekst mniejszego napisu nagłówka

ciekawe wpisy

Sekcja - Polecane posty

Dziękuję za każdą kawę ☕

instagram

Copyright © W Blasku Marzeń.