Przyjemności jesieni


Wypadanie włosów to prawdziwy problem dla wielu z nas. Stres, zmiany hormonalne, czy nawet zmiany pór roku są nieuknioną częścią naszego życia, cebulki słabną, a wypadające włosy zaczynają pojawiać się niemal wszędzie. Ale zawsze znajdzie się na to sposób. Przez pięć tygodni miałam okazję testować wcierkę do skóry głowy illa.HAIR intensive growth activator Evoepharm. Czy kuracja poskutkowała?
[Współpraca]
Już od początku zachwyciło mnie opakowanie tego produktu. Przepiękne, luksusowo wyglądające pudełko w brązowym kolorze mieści 5 buteleczek z ciemnego szkła zawierających pipetę, za pomocą której aplikuje się serum. Każda z tych buteleczek zawiera 10 ml wodnistego serum, który stosujemy przez tydzień. Ale od początku. Wszystkie potrzebne nam informacje znajdują się na tylnej stronie pudełka, również pod jego wieczkiem. Są one również na buteleczkach, ale z nich dowiecie się jedynie nazwę producenta oraz produktu. Całość wygląda bardzo luksusowo i zachęca do testowania.
Aplikację serum illa.HAIR intensive growth activator zapewnia dołączona pipeta, dzięki której można równomiernie rozdzielić serum na skórę głowy, a następnie w nią wmasować. Płyn jest konsystencji wodnistej, o ziołowym zapachu i przy zetknięciu ze skórą wywołuje efekt mrowienia, ale trzeba też bardzo uważać, żeby nie spłynęła do oka. Mi się to zdarzyło dwa razy i to nie było miłe przeżycie. Musiałam nie tylko przepłukiwać oko, ale też skórę twarzy, ponieważ tu akurat bardzo piekło.
Serum stosowałam regularnie przez równe pięć tygodni, przed snem. Stosowałam je po umyciu i osuszeniu włosów, także kiedy ich nie myłam, bo moje włosy nie wymagają codziennego mycia włosów. Zanim przejdę do efektów tej kuracji przypomnę informacje producenta.
Intensywna kuracja illa.HAIR intensive growth activator ma ograniczać wypadanie włosów, stymulować wzrost nowych włosów, a także poprawić kondycję skórę głowy. Wpływ na to ma wieloskładnikowa formuła serum bogata w kompleks peptydów, ekstraktów ziołowych oraz witamin, która wzmacnia cebulki i mieszki włosowe, poprawia mikrokrążenie, przyczyniając się tym samym do zwiększenia objętości oraz gęstości włosów.
Składniki aktywne:
Biotinyl GHK kompleks peptydowy wzbogacony witaminami stymuluje metabolizm komórkowy.
Kwas oleanolowy i ekstrakt palmy sabałowej hamują enzym 5 α reduktaza odpowiedzialny za utratę włosów.
Apigenin poprawia mikrokrążenie w skórze.
Ekstrakt z żeń szenia pobudza mieszki włosowe do wzrostu, wzmacnia włosy, odżywia je, także zwiększa ich elastyczność.
Kapsaicyna pobudza ukrwienie mieszków włosowych. Sprawia, że są one lepiej zaopatrywane w substancje odżywcze pochodzące z krwioobiegu, a ich metabolizm przebiega sprawniej, dzięki czemu włosy stają się mocniejsze i mniej podatne na wypadanie.
Kompleks składający się z tymianku, kiełków pszenicy oraz witamin z grupy B ogranicza wypadanie włosów dzięki rewitalizacji komórek cebulki włosa, zapewnia włosom odpowiedni poziom składników odżywczych, reguluje również wydzielanie sebum.
Biotyna wykazuje pozytywny wpływ na korzenie włosa oraz pobudza włos do wzrostu.
Warto też wiedzieć, że produkt jest wegański, co oznacza, że podczas jego produkcji nie ucierpiało żadne zwierzę.
Pierwsze co zauważyłam, to efekt lekkiego mrowienia, dzięki któremu odczułam natychmiastowe odświeżenie skóry głowy, również poprawę mikrokrążenia. Następne efekty przychodziły stopniowo. Włosy wypadały w dużo mniejszej ilości, pojawiło się dużo nowych baby hair. Zauważyłam też zmianę w kondycji moich włosów. Stały się mocniejsze, bardziej błyszczące, bardziej odporne na uszkodzenia.
Cieszę się, że miałam okazję przetestować to serum i jeśli macie taką potrzebę oraz możliwość (cena), to serdecznie polecam.
Pozdrowienia! ✨



Jesień to czas, kiedy natura obdarowuje nas bogactwem składników nie tylko do kuchni, ale także do pielęgnacji skóry. Warto sięgać po naturalne surowce, które wspierają regenerację, nawilżenie oraz ochronę cery w chłodniejsze dni. Dynia, żurawina, miód, jabłko, owoce dzikiej róży i hibiskus to przykładowe jesienne skarby o wyjątkowych właściwościach kosmetycznych
Lubię balsamy, które można stosować bez żadnego problemu. Po prostu po kąpieli nakładamy go na skórę i gotowe, nic się nie lepi. Balsam do ciała CB3 Ziaja z dodatkiem witaminowego kompleksu wyróżnia ten balsam na tle wielu zwykłych kosmetyków do ciała. Balsam ten kupiłam podczas promocji w Rossmanie i przyznam, że pozytywnie mnie zaskoczył nie tylko pod tym względem.
Charakterystyczne dla marki Ziaja opakowanie nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zwyczajna tuba z miękkiego tworzywa zamykana na zatrzask zawiera 200 ml białego balsamu o lekkiej konsystencji i delikatnym zapachu. Prosta szata graficzna na jaskrawo żółtym tle przedstawia wszystkie przydatne dla nas informacje.
Sam balsam ma lekką konsystencję, łatwo rozprowadza się na skórze i jest przeznaczony do codziennego stosowania. Producent wskazuje go szczególnie do skóry suchej i szorstkiej, której potrzebne jest nawilżenie, wygładzenie i odżywienie.
Według producenta Balsam do ciała CB3 intensywnie nawilża i wygładza skórę, odżywia ją, redukuje szorstkość oraz pozostawia ją miękką w dotyku. Jest to lekki balsam, po który można sięgać regularnie. W składzie znajdziemy witaminę C, niacynamid, czyli witaminę B3, witaminę B5, B6 i E, a także wygładzający kompleks peptydów pochodzenia naturalnego. Ten właśnie witaminowy charakter formuły jest największym wyróżnikiem tego produktu.
Skład INCI:
Aqua (Water), Octyldodecanol, Glycerin, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetearyl Alcohol, Dimethicone, Hydrogenated Coco-Glycerides, Niacinamide, Calcium Pantothenate, Sodium Ascorbyl Phosphate, Tocopheryl Acetate, Pyridoxine HCl, Maltodextrin, Sodium Starch Octenylsuccinate, Silica, Hydrolyzed Rice Protein, Camellia Japonica Seed Oil, Carbomer, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Hydroxyacetophenone, Parfum (Fragrance), Linalool, Geraniol, Limonene, Citronellol, Sodium Hydroxide.
Balsam do ciała CB3 Ziaja stosuję już od wielu tygodni i muszę przyznać, że oprócz tego, że jest zupełnie bezproblemowy, to nawet nieźle nawilża, delikatnie odżywia, pozostawiając skórę gładką i przyjemną w dotyku. Balsam nie lepi się, pozwala na działanie w pośpiechu, szybkie nałożenie ubrania od razu po zastosowaniu. Oprócz tego, co tu wymieniłam, plusem jest również imponująca wydajność tego balsamu.
Balsam ten, to ciekawa propozycja dla osób, które lubią lekkie balsamy i jednocześnie zwracają uwagę na obecność składników witaminowych. Wygodna aplikacja i formuła nastawiona na nawilżenie oraz wygładzenie sprawiają, że dobrze wpisuje się w codzienną pielęgnację ciała za niewielką cenę.
Pozdrowienia! ✨

Kiedy temperatura spada, skóra staje się bardziej wymagająca. Chłód, wiatr i suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach osłabiają jej naturalną barierę ochronną. Często wtedy sięgamy po gęste, tłuste kremy w nadziei, że stworzą tarczę przed mrozem. Efekt jednak nie zawsze bywa pomocny, często jest odwrotny. Skóra jest obciążona, zanieczyszczona, a mimo to wciąż sucha. Skuteczna ochrona nie zależy od konsystencji kremu, lecz od jego składu i równowagi między nawilżeniem a natłuszczeniem.
Dobrze dobrany krem na chłodne dni nie musi przypominać maści. Skóra potrzebuje przede wszystkim humektantów, czyli składników wiążących wodę w naskórku. Należą do nich gliceryna, kwas hialuronowy czy betaina. To one odpowiadają za elastyczność i świeży wygląd. Obok nich powinny znaleźć się emolienty, które zapobiegają odparowywaniu wilgoci. W tej roli świetnie sprawdzają się naturalne lipidy: skwalan, olej makadamia, masło shea czy ceramidy. Warto też zwrócić uwagę na obecność antyoksydantów, np. witaminy E lub koenzymu Q10, ponieważ zimowe powietrze sprzyja stresowi oksydacyjnemu, który przyspiesza starzenie skóry.
Problemem wielu popularnych kremów ochronnych są składniki tworzące zbyt szczelną warstwę okluzyjną jak na przykład parafina, wazelina, lanolina czy ciężkie silikony. Zatrzymują nie tylko wilgoć, ale też sebum i zanieczyszczenia, przez co cera może się zapychać i tracić blask. W efekcie pojawia się błędne koło: im bardziej przesuszona skóra, tym więcej tłustych kremów, które dodatkowo ją obciążają.
Jak więc znaleźć złoty środek? Warto wybierać kremy oparte na nowoczesnych, lekkich emolientach, które tworzą film ochronny, ale pozwalają skórze oddychać. Skwalan, ceramidy czy olej jojoba działają jak naturalna tarcza lipidowa. Wzmacniają barierę hydrolipidową, nie zatykając porów. Dobrze, jeśli w składzie pojawi się też niacynamid lub pantenol, które łagodzą podrażnienia i wspierają regenerację po ekspozycji na zimno.
Rodzaj kremu najlepiej dopasować do typu cery. Skóra sucha doceni formuły bogatsze w lipidy i ceramidy, cera mieszana lekkie kremy z dodatkiem humektantów i skwalanu, natomiast cera tłusta chętnie przyjmie preparaty beztłuszczowe z ceramidami i niacynamidem, które będą chronić bez efektu zapychania. Przy cerze wrażliwej najważniejsze jest unikanie substancji zapachowych i olejków eterycznych, choćby dlatego, że zimą skóra jest szczególnie podatna na nieprzyjemne reakcje.
Zimą na przykład, najwięcej szkody robi nie mróz, lecz zbyt suche powietrze i nieprawidłowa pielęgnacja. Dlatego kluczowe jest regularne stosowanie kremu rano i wieczorem, najlepiej na lekko wilgotną skórę. Wtedy to składniki nawilżające działają skuteczniej. Jeśli jednak cera mimo wszystko traci komfort, warto sięgnąć po serum z ceramidami lub pantenolem jako dodatkową warstwę wzmacniającą.
Jesienna czy zimowa pielęgnacja nie wymaga ciężkich konsystencji. Skóra nie potrzebuje grubej warstwy tłuszczu, ale rozsądnego wsparcia. Chłodna pora roku, sezon grzewczy to dobry moment, by przyjrzeć się swojej pielęgnacji i uprościć ją do tego, co naprawdę działa. Zamiast sięgać po coraz bogatsze formuły, warto nauczyć się słuchać swojej skóry, która często potrzebuje mniej, niż nam się wydaje. A dobrze dobrany krem nie tylko ochroni ją przed chłodem, ale też pomoże zachować zdrowy, naturalny blask mimo kapryśnej pogody.
Pozdrowienia! ✨

Są perfumy, które pojawiają się na rynku na chwilę, robią zamieszanie, a później ustępują miejsca kolejnym nowościom. Są też takie, do których wraca się po latach i które mimo upływu czasu nadal mają swój charakter. Chloé Eau de Parfum zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To zapach rozpoznawalny, elegancki i mocno kojarzący się z kobiecą, kwiatową klasyką. To zapach legenda, do którego chętnie wracam.
Jak pachnie Chloé?
Chloé Eau de Parfum to przede wszystkim zapach różany i kwiatowy. Kompozycja rozpoczyna się od świeżych nut piwonii, liczi i frezji. Po chwili coraz wyraźniej pojawia się róża, która pozostaje jednym z najważniejszych elementów całej kompozycji.
W sercu znajdują się również konwalia, magnolia i róża. Dzięki nim zapach jest świeży, kobiecy i lekki, ale jednocześnie ma swoją wyrazistość. Róża nie jest tutaj ciężka ani staromodna. Ma raczej lekki i świeży charakter.
W bazie pojawiają się bursztyn i cedr Virginia. Dzięki nim kwiatowa kompozycja zyskuje cieplejsze i bardziej zdecydowane wykończenie. Cedr dodaje jej odrobinę drzewnej głębi, natomiast bursztyn ociepla zapach.
Chloé jest elegancka, ale nie przesadnie oficjalna. Można ją nosić na co dzień, do pracy, na spotkanie czy wyjście wieczorem. To jeden z tych zapachów, które dobrze pasują do kobiety, która lubi wyglądać schludnie i stylowo, ale nie potrzebuje mocnych, krzykliwych akcentów.
Najbardziej podoba mi się w nim róża, taka świeża, czysta i kobieca. Nie dominuje jednak całkowicie pozostałych nut. Kwiatowa kompozycja jest dobrze zrównoważona, a baza sprawia, że zapach nie pozostaje wyłącznie delikatnym bukietem.
To również perfumy, które mają w sobie coś bardzo charakterystycznego. Nie są anonimowym, kolejnym kwiatowym zapachem. Po prostu wiadomo, że to Chloé.
Dla kogo?
Chloé Eau de Parfum przypadnie do gustu osobom, które lubią różane, eleganckie i kobiece kompozycje, szczególnie jeśli nie przepadają za bardzo ciężkimi i słodkimi perfumami. To zapach, który dobrze wpisuje się w styl klasyczny, romantyczny i ponadczasowy. Zapach ten to kwiatowa elegancja z wyraźnym podpisem róży. Nie próbuje być ekstrawagancka ani szokować. Jej siłą jest właśnie charakterystyczna, kobieca kompozycja, która przez lata nie straciła swojej rozpoznawalności, i może właśnie dlatego wciąż chce się do niej wracać.
A Wy jak uważacie? Chloé to dla Was ponadczasowa klasyka czy zapach, który już nie robi takiego wrażenia jak kiedyś?
Pozdrowienia! ✨
Jak zawsze, najwięcej zdjęć dotyczy pielęgnacji twarzy, więc od nich zacznijmy. Oczyszczanie skóry to podstawa i w tym najczęściej towarzyszyły mi kosmetyki Nuxe. Tak długo, aż mi się samej znudziły.
Pianka do mycia twarzy i Kremowe mleczko do demakijażu z serii Very Rose Nuxe, jak wiecie, moje ulubione. Uwielbiałam i nadal uwielbiam, ale ileż można używać to samo. Co teraz stosuję? Dowiecie się niebawem, cierpliwości.
Krem do twarzy Nuxuriance Ultra Nuxe jak wyżej. Uwielbiam, mam jeszcze trochę w drugim słoiczku, ale kolejny kupiłam już inny. Dowiecie się niebawem.
Krem ochronny Sun Beauty Face Cream Spf 50 Lancaster również uwielbiam, kończę kolejne opakowanie, ale nie wiem czy znów kupię ten sam, chociaż cena na Notino była całkiem przyzwoita. Zobaczymy.
Hydrożelowe multi płatki Efektima – i tu już chyba przesadziłam do reszty, bo na zdjęciu są dwa puste opakowania, a na półce jedno kończące się i kolejne całe w oczekiwaniu. Nie robią cudów, nie łudźcie się proszę, ale łagodzą moją skórę pod oczami i czasami używam ich nawet dwa razy dziennie. One odświeżają spojrzenie, ale też łagodzą moją palącą skórę po lekach na jaskrę, które oprócz obniżania ciśnienia w oku mają też skutki uboczne. Nie słuchajcie bzdur, same płatki kremu nie zastąpią. One mogą tylko ukoić, odświeżyć, zmniejszyć objawy zmęczenia.
Maska regenerująca do ust na noc Laneige to po prostu mój must have, zmieniam tylko smaki. Żaden balsam do ust nie radzi sobie z moimi ustami tak jak ten kosmetyk.
Jak widać, zużyłam pewnie milion masek w płachcie, koreańskich.Ich resztki zużywałam jako serum. Każda z tych masek działała na ogół dwa dni, ale pozostałe serum też swoje robiło. Na pewno do nich wrócę, jak tylko trafi się promocja. Poza promocją też warto.
Zużyłam też pastę do zębów Biorepair Pro White Filler, całkiem dobra ta pasta.

Balsam do ciała Bath and Body Works o zapachu Lovely Dreamer było fantastyczne, świetnie nawilżało, odżywiało, pozostawiając cudowny zapach, i na pewno do niego wrócę, ale w tej chwili używam Ziaję.
Mydła w kostce Dove zużyłam pewnie ze 3.