Fragonard Fleur d’Oranger Intense - zapach, którego się nie zapomina
![]() |
| Źródło |
- bergamotka, mandarynka
- kwiat pomarańczy, jaśmin
- miód, drzewo sandałow
![]() |
| Źródło |

Presja dobrego wyglądu nie jest wynalazkiem naszych czasów. Ludzie od zawsze chcieli wyglądać pięknie i zdrowo. Różnica polega na tym, że dawniej była to kwestia obyczaju, higieny i umiaru, a dziś coraz częściej staje się powodem do nieustannej poprawy.
Jeszcze nie tak dawno dobry wygląd oznaczał zadbaną cerę, dobrze ułożone włosy, także ubranie stosowne do okazji. Naturalne oznaki wieku były czymś oczywistym, wpisanym w życie, doświadczenie, pozycję. Zmarszczki nie wymagały wyjaśnień ani korekty. Dziś są traktowane jak błąd, który należy jak najszybciej naprawić.
Media społecznościowe, filtry, nieustanna ekspozycja twarzy i ciała sprawiły, że wygląd przestał być dodatkiem do człowieka, a zaczął funkcjonować jako jego wizytówka. Wizerunek często wyprzedza treść. Zanim ktoś zostanie wysłuchany, bywa już oceniony - po skórze, ustach, owalu twarzy. To rodzi presję, której wcześniej po prostu nie było w takiej skali.
Tę potrzebę doskonale wykorzystuje medycyna estetyczna. Z jednej strony dała realne narzędzia takie jak poprawę jakości skóry, pomoc po chorobach, korektę zmian, które rzeczywiście wpływają na komfort życia. Z drugiej strony zaś coraz częściej oferuje rozwiązania problemów, które zostały wcześniej sztucznie stworzone. To już nie tylko mówi, że ktoś chce wyglądać lepiej, ale koniecznie i jak najszybciej czuje potrzebę wyglądać młodziej, bo inaczej czuje, że coś jest nie tak.
Nie myślcie sobie, że będę tu potępiać chęć upiększenia, poprawy stanu cery.bNiepokojący jest to, że granica normy zaczyna się przesuwać. Twarze stają się do siebie podobne, mimika ubożeje, a indywidualne rysy są traktowane jak defekt. Zamiast dyskretnej korekty pojawia się potrzeba ciągłego ulepszania. Kolejny zabieg, kolejna poprawka, kolejny „plan”. Wygląd przestaje być efektem życia, staje się zadaniem do wykonania. Powiększane usta rzadko wyglądają na naturalne, bez trudu daje się zauważyć, że są powiększane.
Można też wziąć pod uwagę zmianę pokoleniową. Coraz młodsze osoby interesują się zabiegami, które dawniej były zarezerwowane dla dojrzałego wieku. Zapobieganie zamienia się w nadgorliwość, natomiast naturalna twarz dwudziestolatki bywa postrzegana jako niewystarczająca. To nie jest już kwestia estetyki, ale lęku przed starzeniem, oceną, wypadnięciem z obiegu.
Dokąd to zmierza? Jeśli tempo się utrzyma, ryzykujemy utratę różnorodności i akceptacji dla naturalnego wyglądu. Starzenie już staje się czymś wstydliwym, a twarz produktem wymagającym stałej kontroli. A przecież przez wieki było inaczej: wiek niósł ze sobą autorytet, a nie konieczność maskowania.
Jeszcze raz wspomnę, że nie chodzi o potępianie medycyny estetycznej jako takiej. Rozsądek, umiar i realna potrzeba zawsze były częścią dobrego obyczaju. Problem zaczyna się wtedy, kiedy presja z zewnątrz zastępuje własną ocenę, a poprawianie wyglądu staje się obowiązkiem, a nie wyborem.
Być może najwyższy czas wrócić do myślenia, że można dbać o siebie bez poprawiania się bez końca. W twarzy oprócz zmarszczek równie dobrze można ujrzeć historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Nie można też nie zauważyć kwestii zdrowotnych, które zbyt często są spychane na margines. Zabiegi medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej, zwłaszcza te inwazyjne, zawsze niosą ze sobą ryzyko. Powiększanie piersi, choć bywa przedstawiane jako rutynowa procedura, wiąże się z możliwością powikłań: od infekcji i problemów z gojeniem, przez konieczność kolejnych operacji, aż po długofalowe konsekwencje dla organizmu. Implanty nie są rozwiązaniem długie lata. One wymagają kontroli, wymiany, niekiedy usunięcia, co rzadko wybrzmiewa w reklamowych spotach.
Coraz częściej mówi się także o przewlekłych dolegliwościach, bólu, zmęczeniu czy reakcjach autoimmunologicznych, które pojawiają się po latach. Niezależnie od sporów i statystyk jedno pozostaje niezmienne: ingerencja w zdrowe ciało nigdy nie jest obojętna. Natomiast decyzje podejmowane pod presją ideału rzadko są w pełni przemyślane.
Dlatego pytanie o kierunek, w jakim zmierzamy, dotyczy nie tylko estetyki, ale też odpowiedzialności. Czy naprawdę chcemy normalizować ryzykowne zabiegi jako element codziennej pielęgnacji? Czy młode kobiety powinny traktować operację jak kolejny etap dbania o siebie?
Być może najwyższy czas wrócić do prostszego myślenia: dbać o siebie, ale nie poprawiać się bez końca. Widzieć w twarzy i ciele historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Bo dobry wygląd nigdy nie polegał na perfekcji, tylko na harmonii, która z wiekiem się zmienia się, ale nie traci sensu.
Pozdrowienia! 🌸
Są rzeczy, które towarzyszą nam od zawsze, nawet jeśli rzadko się nad nimi zastanawiamy. Jedną z nich jest malowanie ust. Tego typu makijaż robiono jeszcze na długo przed tym, zanim powstały drogerie, reklamy i całe to zamieszanie wokół kosmetyków. Tak naprawdę do dziś niewiele się w tym sensie zmieniło.
Historia szminki sięga dalej, niż mogłoby się wydawać. Zanim trafiła do eleganckich opakowań i naszych kosmetyczek, była mieszaniną minerałów, barwników roślinnych i tłuszczów. Już kilka tysięcy lat temu ludzie wiedzieli, że koor ust ma znaczenie społeczne, symboliczne, czasami nawet rytualne.
W starożytnej Mezopotamii usta barwiono sproszkowanymi kamieniami. W Egipcie stosowano intensywne pigmenty, często na bazie ochry czy karminu. Czerwień nie była tam zarezerwowana wyłącznie dla kobiet. Oznaczała pozycję i przynależność do elity. Kosmetyki traktowano poważnie, jako element kultury i codziennego życia.
W średniowiecznej Europie podejście do makijażu uległo zmianie. Malowanie ust bywało uznawane za niestosowne, a nawet grzeszne. Ideałem stała się naturalność, choć tak naprawdę kobiety nadal sięgały po domowe sposoby. Szminka zeszła powiedzmy, że do podziemia, ale nie zniknęła.
Powrót naszej szminki przyniósł dopiero renesans. Na dworach królewskich, zwłaszcza we Francji, także Anglii, malowane usta znów stały się oznaką statusu. Używali jej zarówno arystokraci, jak i władczynie. Kolor był dość mocny, no i tak wyrazisty, że aż widoczny z daleka. Dokładnie taki, jakiego wymagała epoka splendoru.
Prawdziwy przełom nastąpił dopiero w XX wieku. Szminka zyskała wtedy wygodną już formę, stała się bardziej dostępna, przestała być już przywilejem nielicznych. Jednocześnie zaczęła symbolizować niezależność, kobiecą siłę i prawo do decydowania o własnym wyglądzie.
Później już niewiele zmieniło, jeśli chodzi o makijaż ust. Szminka po prostu się upowszechniła, stała się łatwo dostępna, tańsza, zwyczajna. Przestała być tematem samym w sobie, weszła do naszej codzienności. I na tym właściwie kończy się jej historia jako zjawiska. Dalej nie ma już przełomów, tylko różne wersje tego samego gestu, który znamy od dawna.
Dziś traktujemy ją często jak mały, często biżuteryjny drobiazg, który jest niezbędnikiem w niejednej kosmetyczce. A mimo wszystko ten drobiazg niesie ze sobą długą historię zmieniających się obyczajów, ról społecznych, no i podejścia do kobiecości.
Pozdrowienia! 💄
W ciągu ostatnich lat minimalizm dorobił się statusu niemal moralnej cnoty. Takiej niemal świętości, której należy się trzymać. Mniej rzeczy, mniej bodźców, mniej zobowiązań, za to obietnica spokoju, wolności i lepszego życia. Brzmi to niby rozsądnie, ale problem zaczyna się wtedy, gdy to „mniej” zamiast być wyborem, staje się nakazem. Obserwując tego typu trend, można dostać wysypki.
Człowiek od zawsze gromadził. Przedmioty miały znaczenie nie tylko praktyczne, ale również symboliczne, a także emocjonalne. Dom nie był sterylną przestrzenią, ale miejscem pamięci. Meble dziedziczone po rodzinie, książki czytane latami, pamiątki przypominające o ludziach oraz wydarzeniach. Minimalizm próbuje to wszystko unieważnić, sprowadzając wartość rzeczy wyłącznie do ich użyteczności tu i teraz. A życie przecież nie składa się tylko z funkcji.
W minimalizmie irytująca jest także presja, jaką wywiera. Zamiast ulgi pojawia się obawa: czy mam za dużo, czy to już nadmiar, czy powinnam się pozbyć kolejnej rzeczy, by „żyć lepiej" właśnie tu i teraz. Paradoksalnie, zamiast wolności pojawia się nowa forma kontroli, jednak tym razem innego rodzaju. Porządek przestaje służyć człowiekowi, za to człowiek zaczyna służyć porządkowi.
Minimalizm często ignoruje różnice między ludźmi. Nie każdy czuje się dobrze w pustej przestrzeni. Dla jednych nadmiar jest przytłaczający, dla innych akurat odwrotnie. Książki na półkach, tkaniny, kolory, przedmioty z historią potrafią dawać poczucie zakorzenienia, ciągłości. Odrzucanie ich w imię trendu bywa formą odcinania się od własnej tożsamości.
Minimalizm może być też odczuwalny jako praktyczny. Uczy, że w każdej chwili można się czegoś pozbyć, bo w razie potrzeby da się to odkupić. To myślenie choć podane w ascetycznym opakowaniu jest bardzo krótkowzroczne, no i niestety też konsumpcyjne. Dawniej rzeczy się przechowywało, naprawiało i szanowało. Nie dlatego, że było się minimalistą, ale dlatego, że miały wartość.
Minimalizm nie zostawia miejsca na słabość. Nie pozwala sentyment, przywiązanie, chaos wynikający bezpośrednio z życia. A życie rzadko bywa idealnie uporządkowane. Próba wciśnięcia go w estetyczne ramy często kończy się frustracją i poczuciem winy, że znów coś nie wyszło.
Nie chodzi o to, by bronić bałaganu czy bezrefleksyjnego gromadzenia. Chodzi o umiar, zdrowy rozsądek, o prawo do posiadania rzeczy, które nie są modne, ale są dla nas ważne. Chodzi też o przestrzeń, która nie wygląda jak z katalogu, ale przytulne miejsce, gdzie odpoczywamy. Nie mam zamiaru, ani czasu na to, by liczyć obsesyjnie, ile mam ubrań, torebek czy kosmetyków. Kiedy kupuję coś nowego, nie szukam na siłę, by się czegoś pozbyć, bo ,,tak wypada". Nie pozbywam się też starych pocztówek, czy innych rzeczy, do których czuję sentyment, bo stały się ,,niemodne".
Minimalizm jako narzędzie może być pomocny, ale jako ideologia często bywa szkodliwy. Własny spokój nie polega na ciągłym odejmowaniu, ale na mądrym wyborze tego, co chcemy zachować.
Pozdrowienia! ✨
Jak już jesteśmy przy ulubieńcach roku, została mi jeszcze pielęgnacja włosów. Chętnie próbuję różnych kosmetyków do pielęgnacji włosów, ale ostatecznie zawsze wracam do tego do tego, co naprawdę się sprawdza. Bez wyolbrzymionych obietnic i cudów, ale zawsze sprawdzona pielęgnacja, dzięki której moje włosy wyglądają i czują się najlepiej.
Rok ten był przyzwyczajaniem włosów do siwizny, więc powoli schodziłam z moich pasemek do naturalnego koloru włosów. Chociaż bardzo lubiłam swoje blond pasemka, to utrzymanie ich, żeby cały czas wyglądały na zadbane i świeże było dosyć drogą sprawą. Samo cena ich wykonania to już duże wyrzeczenie, następnie pilnowanie ich kondycji i koloru, to zbyt dużo zachodu. Wiadomo, że sama sobie ich nie zrobię, sama też nie będę farbować włosów (zbyt szybko odrastają) a lubię jeszcze, kiedy są pokręcone.
Pozostało mi czekać aż odrosną do naturalnego koloru i zadbać o ich kondycję tym bardziej, że się trochę osłabiły. Oprócz kosmetyków Redken, które były też ulubieńcami roku 2024, na porządku dziennym był Rozświetlający szampon do włosów Hair Prodigieux Nuxe, po którym moje włosy zawsze wyglądały świeżo, były miękkie i błyszczące, do kompletu przeważnie towarzyszyła mu odżywka z tej samej serii.
Farbowane końcówki w ochronie przed żółknięciem musiałam czymś zabezpieczyć. Najlepszy do tego był Heart of Glass Wzmacniająco - rozświetlający szampon Davines, który nie barwił, nie wysuszał, ale naprawdę dbał o kondycję moich włosów, a żółtawe odcienie neutralizował nie dzięki jakimkolwiek barwnikom a ekstraktom z owoców Jagua Blue. Efekt ten jak również kondycję moich włosów wzmacniam odkupioną później odżywką z tej samej serii.
Moje włosy od czasu do czasu lubią potraktowanie ich olejkami, co sprawdziło się podczas używania odżywki przed myciem Nuxe Hair Prodigieux. Nie przepadam za olejowaniem włosów, bo często o tym zapominam, trochę z tym dużo zachodu, ale przyjemność podczas używania i efekt naprawdę się opłaca.
Pod koniec roku zaskoczył mnie nowościami, bo trafił do mnie zestaw mający wzmocnić moje włosy, ich cebulki jak i skórę głowy marki Aveda.
Był to idealny prezent na koniec roku, tym bardziej, że moje włosy wzięło na wypadanie. Być może za mało witamin, możliwe też że kumulacja stresu. Cały ten zestaw to idealne rozwiązanie dla kogoś tak wybrednego jak ja. Stosowanie tych kosmetyków jest bardzo proste, nie wymaga żadnej filozofii, jedynie poświęcenia kilku minut czasu. Peeling do włosów Scalp Solutions Exfoliating jak również Serum Invati Ultra Advanced mają cudowny wpływ na skórę głowy, odświeżają, czuje się, że skóra oddycha. Maska do włosów Botanical Repair i Olejek Miraculous Oil High-Shine Hair Concentrate również znacząco wpływają na kondycję moich włosów. Olejek oprócz dostarczania włosom potrzebnych składników chroni moje włosy przed wysoką temperaturą podczas suszenia włosów i używania lokówki.
Nie da się zaprzeczyć, że ten rok był bardzo udany pod względem pielęgnacji moich włosów i liczę, że ten również taki będzie. Pochwalicie się swoimi ulubieńcami?
Pozdrowienia! ✨

Perfumy są ważną częścią mojego życia, bez nich czuję się nieubrana, ale żeby wymienić je w ulubieńcach roku, to już prawie zapomniałam. Być może dlatego, że zbyt długo się do tego posta zbierałam. W końcu zabrałam się do przedstawienia moich ulubionych perfum roku 2025. Nie był to rok zbyt obfity w moje zakupy perfumowe, ale za to każdy mój zakup - prezent od siebie dla siebie był szczególnie trafiony.
Początek tamtego roku zdominował jeszcze ulubieniec roku 2024, czyli Libre Flower & Flames YSL, woda perfumowana o kwiatowym zapachu kupiona w ciemno. Cieszył mnie każdego dnia, zachwycał otoczenie, ale przyszła wiosna, wraz z nią ciepłe dni i potrzebowałam czegoś lżejszego. Był to niewielki flakonik, bo takie najbardziej. Są najładniejsze i zawsze świeże.

Zima to pora roku, za którą szczególnie nie przepadam nie tylko ze względu na zimno, które mój organizm słabo toleruje, ale irytuje mnie także brak światła dziennego. Są jednak rzeczy, które łagodzą tą niechęć, choćby taka rozgrzewająca herbata. Przy herbacie można odpocząć, zrelaksować się, czy nawet poczytać książkę. Biorąc pod uwagę, że nie wszyscy wszystko lubią, każdy z nas mają różne tolerancje, wyszukałam kilka przepisów.
Na początku wspomnę jeszcze, że herbatki rozgrzewające najlepiej pić na ciepło, nie bardzo gorące. Przy mocnym wychłodzeniu dobrze jest też zjeść ciepły posiłek.
Klasyczna herbata z imbirem i cytryną
Herbata ta jest chyba najbardziej popularna. Imbir ma właściwości rozgrzewające, cytryna odświeża, miód łagodzi gardło.
Napar malinowo-lipowy
Dobry na chłód i pierwsze oznaki przeziębienia. Zaparzać pod przykryciem ok. 10 minut. Działa napotnie i delikatnie rozgrzewa.
Herbata z goździkami i cynamonem
Dobra po zimowym spacerze, rozgrzewa od środka. Smak tej herbaty jest wyraźny, korzenny.
Napar z czarnego bzu
Rozgrzewa i wzmacnia odporność. Przyrządzanie jest bardzo proste.
Rooibos z imbirem i wanilią
Nie zawiera kofeiny, dzięki czemu śmiało można pić wieczorem. Jest delikatny w smaku i przyjemnie rozgrzewający.
NA ZIMNE STOPY I OGÓLNE WYCHŁODZENIE
Herbata imbirowo-pieprzna
Mocno rozgrzewa krążenie. Najlepiej pić gorącą, powoli
Idealna na gardło i pierwsze drapanie, a także po długim staniu na zimnie.
Napar lipowo-tymianowy
Łagodzi, ogrzewa i stawia na nogi.
Herbata z imbirem i sokiem malinowym
Prosta i skuteczna, bez cukru i owoców, znana od pokoleń. Delikatnie rozgrzewa, jest też dobra na trawienie.
Napar z kminku i kopru włoskiego
Rozgrzewa delikatnie, jest też dobra na trawienie.
Rooibos z goździkami
Ciepła i spokojna herbata na wieczór. Najmocniejsza na mróz i silne wychłodzenie.
Herbata imbirowo-korzenna
Ta herbata jest wyraźna i rozgrzewa do samego środka. Dobra po długim spacerze albo gdy marzną ręce i stopy. Imbir i pieprz rozgrzewają, cynamon pomoże utrzymać ciepło, natomiast goździki wzmacniają działanie. Herbatę najlepiej pić gorącą, małymi łykami.
DLA WRAŻLIWEGO ŻOŁĄDKA
Herbata ta jest łagodna, ale jednocześnie skuteczna. Rozgrzewa bez uczucia ciężkości.
Napar z lipy, rumianku i kopru włoskiego
Zaparzać pod przykryciem 10 minut. Dobra na wieczór, uspokaja i delikatnie ogrzewa organizm.
Napar lipowo-lawendowy
Delikatnie rozgrzewa, wycisza i pomaga zasnąć. Bez kofeiny, bez ostrych przypraw.
NA OSŁABIENIE I BRAK SIŁ
Herbata malinowo-dzika róża
Wzmacnia, lekko rozgrzewa, dobra w ciągu dnia.
czarna herbata lub rooibos
1 łyżka suszonej dzikiej róży
1–2 łyżeczki soku malinowego
BEZ IMBIRU (dla tych, którym nie służy)
Herbata cynamonowo-goździkowa
Klasyka, czyli herbata ciepła, łagodna, trzymająca ciepło.
Na dziś wystarczy rozgrzewających herbat, może podzielicie się własnymi przepisami?
Pozdrowienia! ❄️

Jeśli wygląd naszej skóry budzi wątpliwości, skóra zaczyna źle na coś reagować, to często mówi się, że czegoś jej brakuje. Jakiegoś składnika aktywnego, kolejnego etapu pielęgnacji. Tymczasem bardzo często sytuacja wygląda odwrotnie. Skóra nie jest zaniedbana, ale przeciążona, natomiast objawy, które się pojawiają, interpretujemy jak nowy problem zamiast sygnału ostrzegawczego.
Przeciążona skóra to skóra poddawana zbyt wielu bodźcom jednocześnie. Nadmiar kosmetyków, częste zmiany produktów, intensywne oczyszczanie, regularne złuszczanie wykonywane profilaktycznie oraz łączenie wielu składników aktywnych bez czasu na regenerację stopniowo osłabiają naturalne mechanizmy obronne skóry. Gdy granica tolerancji zostaje przekroczona, skóra zaczyna reagować.
Jednym z pierwszych takich sygnałów jest pojawiające się nagle pieczenie lub szczypanie, nawet po kosmetykach, które wcześniej były dobrze tolerowane. Często uznaje się to za objaw skóry wrażliwej i sięga po kolejne preparaty łagodzące, nie zauważając, że przyczyną jest osłabiona bariera naskórkowa zmęczona nadmiarem interwencji.
Częstym objawem są również drobne wysypki, podskórne krostki lub nierówna struktura skóry, określana potocznie jako „kaszka”. Zmiany te nie przypominają klasycznego trądziku, pojawiają się bez wyraźnej przyczyny i często w miejscach, które wcześniej nie sprawiały problemów. Reakcja sprowadza się do sięgania się po silniejsze produkty regulujące, co dodatkowo pogłębia przeciążenie.
Przeciążona skóra może sprawiać wrażenie ciężkiej, oblepionej i pozbawionej świeżości. Kosmetyki wchłaniają się gorzej, makijaż wygląda mniej naturalnie, a mimo stosowania kremów pojawia się uczucie napięcia. Paradoksalnie im więcej produktów nakładamy, tym gorzej skóra funkcjonuje.
Zdarza się także, że skóra staje się sucha i ściągnięta pomimo intensywnego nawilżania. Uczucie ulgi po aplikacji kosmetyku jest krótkotrwałe, natomiast potrzeba nałożenia kolejnej warstwy pojawia się bardzo szybko. To nie jest sygnał niedoboru, ale informacja, że skóra nie nadąża z odbudową i nie potrafi zatrzymać wilgoci.
Często w tym momencie dochodzimy do wniosku, że nasza skóra niczego nie toleruje. Kosmetyki stosowane przez lata nagle zaczynają powodować dyskomfort, co bywa interpretowane jako alergia lub trwała nadwrażliwość. W rzeczywistości jest to często efekt długotrwałego przeciążenia i braku czasu na regenerację.
Łatwo pomylić te objawy z poważniejszym problemem, ponieważ współczesna pielęgnacja uczy działania, korygowania i nieustannego ulepszania. Znacznie rzadziej mówi się o tym, że skóra czasem potrzebuje uproszczenia i spokoju. Dawniej pielęgnacja była prostsza, bardziej przewidywalna i oparta na regularności, co sprzyjało naturalnym procesom odbudowy.
W przypadku przeciążonej skóry poprawę często przynosi nie dodawanie kolejnych kroków, lecz ich ograniczenie. Mniej kosmetyków, spokojniejsze formuły oraz czas pozwalają skórze wrócić do równowagi. Bardzo często okazuje się wtedy, że problemem nie była sama skóra, lecz nadmiar dobrych chęci.
Pozdrowienia! ✨