
Jest w roku taki dzień, kiedy nikt nie udaje, że jeśli kawa, to tylko bez cukru. W tłusty czwartek pachnie w domach i cukierniach świeżym, smażonym na złoty kolor ciastem drożdżowym z nadzieniem z róży, śliwki albo adwokatu. Pączek nie jest wtedy zachcianką jest tradycją. I bardzo przyjemnym obowiązkiem.
Skąd się wzięła ta tradycja?
Korzenie tłustego czwartku sięgają jeszcze czasów pogańskich. Dawniej świętowano w ten sposób odejście zimy i nadejście wiosny. Ucztowano tłusto i konkretnie. Jedzono mięso, pito wino, a pączki… wcale nie były słodkie. Były twarde, nadziewane słoniną lub boczkiem. Taki pączek potrafił nawet wybić ząb, jeśli trafił się zbyt dosadnie usmażony.
Dopiero w XVI wieku pojawiła się słodka wersja, bliższa tej, którą znamy dziś. Cukier stawał się coraz bardziej dostępny, a wyroby cukiernicze zaczęły przypominać to, co dziś uznajemy za klasykę.
Tłusty czwartek przypada w ostatni czwartek przed Wielkim Postem. W tradycji chrześcijańskiej był to ostatni moment na solidne najedzenie się przed kilkutygodniowym okresem wyrzeczeń. I choć dziś mało kto traktuje post tak surowo jak dawniej, zwyczaj przetrwał.
Dlaczego „trzeba” zjeść pączka?
Według przesądu, kto w tłusty czwartek nie zje choć jednego pączka, temu nie będzie się wiodło przez cały rok. Dawniej w domach piekło się je samodzielnie, dziś częściej ustawiają się kolejki w cukierniach. Sens tylko pozostaje ten sam: wspólne świętowanie, chwila beztroski połączona z czymś smacznym na talerzu.
W Polsce w ten dzień zjada się podobno nawet kilkanaście milionów pączków. I to jest statystyka, która mówi więcej o naszej naturze niż niejeden raport społeczny.
Czy pączek ma jakąkolwiek wartość odżywczą?
Nie ma jednak co udawać, bo pączek nie jest daniem dietetycznym. Jest to wypiek z mąki pszennej, drożdży, jajek, mleka, cukru i tłuszczu, smażony w głębokim oleju lub smalcu. Jeden klasyczny pączek z nadzieniem różanym i lukrem to około 250–350 kcal, w zależności od wielkości i receptury.
Ale… nie jest to też wyłącznie „pusta kaloria”, ponieważ taki pączek dostarcza:
Czy to produkt, na którym warto budować codzienną dietę? Oczywiście, że nie. Ale jeden czy dwa pączki w roku nie są katastrofą. Organizm poradzi sobie z takim wyskokiem, zwłaszcza jeśli na co dzień jemy rozsądnie. Problemem nie jest pączek. Problemem bywa brak umiaru.
Ciekawostki, o których mało kto pamięta
🍩W dawnej Polsce do jednego z pączków wkładano migdał lub orzech. Osoba, która na niego trafiła, miała cieszyć się szczęściem i dostatkiem.
🍩Najbardziej tradycyjne nadzienie to konfitura z płatków róży – i to nie przypadek. Jej lekko kwaskowy smak przełamuje słodycz ciasta.
Tłusty czwartek na pewno nie jest świętem liczenia kalorii. To dzień, w którym tradycja spotyka się z przyjemnością. W świecie, gdzie wszystko liczymy, ważymy i analizujemy, taki jeden dzień przypomina, że jedzenie to nie tylko tabela wartości odżywczych, ale też wspomnienia, zapach domu i wspólny stół. A skoro zwyczaj przetrwał setki lat, to znaczy, że coś w nim jest. I jednego pączka naprawdę nie trzeba się bać.
Ale jest też druga strona medalu.
Przez setki lat ludzie jedli pączki, pili wino, wkładali migdały do środka, a i tak jednemu się wiodło, drugiemu nie. Los naprawdę nie prowadzi zeszytu z odhaczonymi pączkami.
Kawa bez cukru? To akurat bardzo w porządku. Smak kawy powinno się czuć, a nie zagłuszać. A jeśli w tłusty czwartek masz ochotę na coś innego, albo nawet na nic, to też jest w porządku. Tradycja jest po to, żeby ją szanować, ale nie po to, żeby się nią batować.
Zresztą… dawniej też bywało różnie. Nie w każdym domu było na smażenie, nie każdy miał dostęp do cukru czy mąki dobrej jakości. I jakoś świat się nie zawalił.
Powiem Ci coś przewrotnie: większe szczęście w życiu przynosi umiar niż przymus. A jeśli kiedyś najdzie Cię ochota na porządnego, świeżego pączka z różą czy adwokatem, to zjesz go bez wyrzutów. I to będzie ten najlepszy moment.
W czasach, gdy wszystko dzieje się szybko i pod presją, największym luksusem staje się wybór. Zjeść wtedy, kiedy ma się ochotę. Kupić tam, gdzie jakość jest ważniejsza niż marketing. Albo usmażyć samemu, jak dawniej, jeśli ktoś ma na to czas i cierpliwość.
Bo prawdziwa wartość tłustego czwartku nie tkwi w liczbie zjedzonych pączków, ale w tym, że potrafimy cieszyć się małymi rzeczami we właściwym dla siebie momencie.
Pozdrowienia! 🍩
Są takie kosmetyki, które niby nie są niezbędne, ale kiedy wypróbuje się raz, to nie da się przestać o nich myśleć. Wystarczy jedna kropla, by podkreślić skórę delikatnym złotym światłem i dodać jej nie tylko szlachetnego blasku połączonego z przecudnym kwiatowym aromatem. Prodigieuse Or Florale Nuxe to suchy olejek, który łączy pielęgnację z subtelną elegancją.
Nie jest to taki zwykły olejek, ale prawdziwy luksus w szklanym flakoniku zamkniętym metalową nakrętką z wygrawerowanym logo przypominającym drzewo. Postawiony gdziekolwiek zawsze przypomina perfumy. Mój flakonik zawiera 50 ml olejku zawierającego mnóstwo perłowych drobinek, które dają na skórze złoto różową satynową poświatę i świeży kwiatowy, bardzo elegancki zapach.
Huile Prodigieuse Or Florale Nuxe to suchy olejek do twarzy, ciała i włosów, który łączy pielęgnację z delikatnym efektem rozświetlenia. Skóra po nim jest miękka, wygładzona i wygląda zdrowo, ale bez tłustej warstwy i bez narzucającego połysku.
Połysk jaki daje Or Florale jest subtelny, różowo-złoty, i wygląda bardziej jak skóra w dobrym świetle niż jak posypana brokatem. Pięknie wygląda na dekolcie, ramionach, nogach, ale też na końcówkach włosów, kiedy chce się im dodać miękkości i lekkiego połysku. Wyjątkowy, pełen radości uwodzicielski zapach zawiera nuty kwiatów pomarańczy, magnolii i wanilii.
Formuła wzbogacona naturalnymi perłami zawiera 96% składników pochodzenia naturalnego w tym 7 olejów roślinnych, które tworzą na powierzchni naskórka film chroniący go przed nadmierną utratą wody, nawilżają, regenerują. Na uwagę zasługuje również fakt, że jest to produkt wegański.
Dom od zawsze był miejscem prywatnym, spokojnym, przeznaczonym do odpoczynku. To jednak nie znaczy, że musi być przestrzenią bylejakości. Przez lata panowało przekonanie, że po przekroczeniu progu własnych czterech ścian można pozwolić sobie na wszystko: stare dresy, rozciągnięte swetry, przypadkowe koszulki. A przecież o o schludny wygląd dba się nie dla innych, ale z szacunku do siebie i do codzienności.
Elegancja domowa nie ma nic wspólnego ze sztywnością czy strojem na pokaz. To raczej umiejętność wyboru rzeczy prostych, wygodnych, no i estetycznych. Wygodna sukienka z miękkiej dzianiny, ulubione spodnie, bawełniana koszula czy kardigan narzucony na ramiona potrafią całkowicie zmienić samopoczucie na cały dzień. Ubrania noszone w domu również mogą mieć fason, kolor i jakość, które nie męczą oka ani ciała.
Nie jest też obojętny materiał domowego ubrania, bo to też od niego zależy czy będziemy czuć się wygodnie i miło. Naturalne tkaniny takie jak bawełna, wiskoza, wełna, len dużo lepiej się układają, lepiej skóra w nich oddycha, przede wszystkim zawsze wyglądają porządnie, nawet po wielu godzinach noszenia. To one sprawiają, że nie wyglądamy w nich tak, jak byśmy nie chciały, by ktoś przypadkowo nas zobaczył.
Tak samo ważna jest dbałość o siebie. Uczesane włosy, czysta skóra, odrobina kremu do rąk czy delikatny zapach potrafią przywrócić poczucie zadbania. Nie chodzi o makijaż ani stylizację jak na wyjście na miasto, ale to, jaki sygnał wysyłany samej sobie. Każdy dzień ma swoją wartość, nawet jeśli spędzamy go w domu.
Elegancja domowa to także pewna postawa. To sposób bycia, poruszania się, siadania przy stole, parzenia herbaty w ulubionej filiżance zamiast w pierwszym lepszym kubku. Gdy dbamy o estetykę w drobnych sprawach, codzienność przestaje być byle jaka. Staje się spokojna, uporządkowana i bardziej nasza.
Wyglądać dobrze w domu nie oznacza rezygnowania z wygody. Wręcz przeciwnie. Wybieramy wszystko to, co wygodne i jednocześnie godne noszenia. Bo dom, choć prywatny, jest najważniejszym miejscem, w którym warto czuć się dobrze nie tylko fizycznie, ale i estetycznie.
Pozdrowienia! ✨
Nie każdy zapach ma ambicję stać się podpisem ani manifestem stylu. Czasem perfumy pełnią prostszą rolę. Są obecne, ale nie dominujące, rozpoznawalne, ale nie narzucające się. Balmain Extatic Eau de Toilette to zapach osadzony w codzienności, zaprojektowany w duchu klasycznej elegancji, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek trendami czy głośnymi deklaracjami.
Na początek trochę historii
Dom mody Balmain, założony w 1945 roku przez Pierre’a Balmaina, od lat budował swoją tożsamość wokół elegancji, porządku i wyraźnych form. Perfumy zawsze były uzupełnieniem tej wizji. Miały współgrać ze stylem, ale nie dominować nad nim.
Linia Extatic została wprowadzona w 2014 roku, w okresie odświeżania wizerunku marki. Najpierw pojawiła się woda perfumowana, po niej dopiero woda toaletowa zaprojektowana przez Emilie Coppermann i Sonię Constant jako lżejsza, bardziej codzienna wersja tego zapachu. Miała być to bardziej prosta i użytkowa propozycja, odpowiadającą klasycznemu rozumieniu wody toaletowej.
Extatic Eau de Toilette otwiera się świeżo i jasno. Na początku wyczuwalne są liczi i czarna porzeczka. Nuty owocowe, nie są przesłodzone, są bardziej świeże niż deserowe. Zielona mandarynka dodaje lekkości i sprawia, że zapach od pierwszych minut jest łatwy w odbiorze.
W sercu kompozycji pojawiają się kwiaty. Z gracją i lekkością wchodzi róża turecka, następnie magnolia i jaśmin, które jednak nie dominują w tej kompozycji. Jest to etap zapachu najbardziej stonowany i uporządkowany.
Baza opiera się na piżmie, cedrze i ambroxanie. Dzięki nim zapach stopniowo się wycisza pozostając blisko skóry. Jest czysto, lekko drzewnie i bardzo neutralnie. Nie ma tu intensywnego ogona ani mocnej trwałości.
Extatic Eau de Toilette jest to zapach codzienny, nienarzucający się, jest też przewidywalny. Sprawdza się tam, gdzie perfumy mają być tylko dodatkiem, a nie głównym elementem stylu.
Według mnie jest to zapach bardziej na co dzień, niż większe okazje, chociaż według mnie każda okazja jest warta celebrowania. Można go używać na co dzień do szkoły czy do pracy, wszędzie tam, gdzie mocniejsze zapachy nie są dobrze tolerowane. Jest to zapach bliskoskórny, słabo projektujący, bardziej na cieplejszą porę roku. Zapach jest bardzo przyjemny, ale raczej nie skuszę się na pełnowymiarowy flakonik. Według mnie bardziej będzie pasował spokojnej grzecznej nastolatce, niż dojrzałej kobiecie. Znacie ten zapach? Jak go oceniacie?
Pozdrowienia! 🌸
W świecie perfum są zapachy tworzone po to, by od razu zabłysnąć i takie, które powstają z potrzeby opowiedzenia historii. Stworzona w 2018 roku woda perfumowana Mutiny Eau de Parfum Maison Margiela należy do tej drugiej kategorii. Zapach stworzony przez Dominique Ropion i Claire Liégent. nie jest zapachem sezonowym, ani też dodatkiem do kolekcji. Jest to samodzielna kompozycja unisex wyraźnie określona pod względem charakteru z nowoczesnym podejściem do ponadczasowej klasyki.
Nie mam pełnowymiarowego flakonu Mutiny, ale ten zapach zaintrygował mnie na tyle, że pokusiłam się go poznać choćby z odlewki.
Mutiny Eau de Parfum to zapach wyraźnie oparty na tuberozie, ale prowadzony w sposób spokojny i zdyscyplinowany. Otwarcie jest świeże, lekko cytrusowe, bez ostrej kwasowości. Zapach nie atakuje, pojawia się z subtelnością i daje czas na rozwinięcie.
W centrum kompozycji znajduje się tuberoza: czysta, kremowa, pozbawiona ciężkiej słodyczy. Nie jest dusząca ani też nie przytłacza. Towarzyszące jej delikatne nuty owocowe oraz przypraw dodają głębi, ale nie zmieniają charakteru zapachu w coś przesłodzonego. Całość jest uporządkowana i dobrze wyważona.
Baza nadaje ciepła i stabilności. Skóra, paczula i wanilia nadają zapachowi trwałość oraz elegancki charakter. Mutiny nie rozchodzi się agresywnie. Dobrze trzyma się skóry, i nie dominuje otoczenia. To zapach, który zostaje blisko nas.
Całość jest wyraźna, ale nienachalna. Nie sprawia wrażenia efekciarstwa, nie próbuje też przypodobać się wszystkim. Mutiny to woda perfumowana dla osób, które lubią klasyczną konstrukcję zapachu i nie oczekują natychmiastowego wrażenia, natomiast spokojnego rozwoju w czasie.
To nie są perfumy tworzone z myślą o uniwersalnej atrakcyjności. Mutiny nosi się świadomie. Zapach ten wymaga czasu i uwagi, tak jak klasyczne kompozycje tworzone przed latami, które nie zdradzały całego charakteru w pierwszych minutach.
Podobną logikę widać w kampanii tego zapachu. Maison Margiela zrezygnował z jednego symbolu czy jednej muzy, oddając głos grupie osób, które różni niemal wszystko poza silnym poczuciem tożsamości. W kampanii Mutiny pojawili się Willow Smith, Princess Nokia, Sasha Lane, Molly Bair, Hanne Gaby Odiele oraz Teddy Quinlivan. Nie pełnią oni roli klasycznych ambasadorów, są raczej punktami odniesienia, pokazującymi, że indywidualność nie ma jednego wzorca.
Zdjęcia Craiga McDeana nie ilustrują zapachu wprost, ani też nie próbują tłumaczyć go obrazem, ale zostawiają przestrzeń na własną interpretację, co dobrze koresponduje z samą konstrukcją perfum. Mutiny nie narzuca emocji ani nastroju, on raczej towarzyszy, pozostając blisko skóry i charakteru osoby, która go nosi.
W kontekście całego dorobku zapachowego Maison Margiela Mutiny zajmuje miejsce szczególne. Nie jest on eksperymentem, ani kompromisem. To kompozycja, która pokazuje, że klasyczne składniki i tradycyjna struktura wciąż mogą mówić współczesnym językiem, jeśli stoi za nimi jasna koncepcja. Zapach jest niepowtarzalny, wyjątkowy i bardzo trwały, ale bliskoskórny. Na ubraniu zapachu nie wyczuwam, nie proponuję też testowania go na papierku, zdecydowanie lepiej jest wyczuwalny na skórze. Można z nim iść wszędzie. Jest to zapach, który na pewno nie będzie nikomu przeszkadzał, zawsze natomiast będzie dobrze odbierany. Warto go poznać.
Pozdrowienia! ✨
![]() |
| Źródło |
Chociaż zima ma swoje uroki, to mimo wszystko nie wymaga od nas entuzjazmu. Nie trzeba jej koniecznie kochać ani na siłę się nią zachwycać. Według mnie mogłaby się skończyć na grudniu, ale to też nie oznacza, że trzeba godzić się na szarość, bylejakość oraz jakiekolwiek obniżanie poprzeczki. Nawet przeciwnie. Im mniej ten trudny okres ma dla nas uroku, tym większe znaczenie ma to, jak wygląda nasza codzienność.
Przetrwanie zimy w zgodny dla nas sposób potrzebuje świadomej decyzji. Że chcemy na przykład mieć miło i ładnie, nawet jeśli na zewnątrz jest ponuro. Nie trzeba zaraz tworzyć bajkowej atmosfery ani zabiegać o sezonowe trendy. Nie ma również potrzeby wykupywać dekoracji czyhających niemal na każdej sklepowej półce. Chodzi o zwykłe poczucie estetyki oraz komfort, które dają poczucie normalności.
Zimą szczególnie ważne staje się otoczenie. Ciepłe, nie bijące po oczach światło, przyjemne dla oka kolory, miękkie i dobrej jakości tkaniny. Dom nie musi być pusty ani ascetyczny. Wręcz przeciwnie. Może być pełen rzeczy, które cieszą, dają ukojenie i sprawiają, że chce się do niego wracać. Ulubiona kawa czy herbata w uroczej filiżance czy kubku. Nie mam też nic przeciwko, żeby sprawić sobie piękny bukiet kwiatów, czy dokupić kolejny storczyk w doniczce. Odpalanie tylko dla siebie zapachowej świecy też nie zaszkodzi.
Zima nie jest też powodem, by rezygnować z dobrego wyglądu. Ciepłe ubrania tak samo mogą być eleganckie, niekoniecznie też ciemne jak podczas żałoby. Dbajmy, aby nasz codzienny strój był dobrze dopracowany. Dbanie o siebie w tym czasie nie ma nic wspólnego z próżnością. To jest właśnie sposób na zachowanie dobrego samopoczucia i poczucia własnej wartości nawet, kiedy dni są zbyt krótkie, ciemne i nie do zniesienia. Zimą nigdy nie rezygnuję z depilacji nóg, a już szczególnie nigdy nie zrezygnuję z jasnych ubrań czy dodatków.
Przyjemności, które sprawiamy sobie zimą nie muszą krzyczeć ani być jakieś mocno spektakularne. Często kryją się one w ulubionym zapachu, oraz czymkolwiek, co może poprawić nam nastrój. Może to być kawa w ładnej filiżance, czy aromatyczna herbata podczas spokojnego wieczoru. To właśnie te drobne rzeczy sprawiają, że zima staje się do zniesienia, natomiast może być czasem całkiem przyjemna.
Nie trzeba wcale udawać zachwytu nad trudną dla siebie porą roku. Wystarczy i nie warto rezygnować z dawnej estetyki. Zima nie musi być inspirująca. Wystarczy, żeby była przeżyta tak jak lubimy. W miłych warunkach i bez obniżania własnych standardów.
Pozdrowienia! ✨

Minął już pierwszy miesiąc nowego roku, nie może się obyć bez ulubieńców. Oprócz niedawno poznanych produktów, są tu też takie, które znam od dawna, a które wyjątkowo sprawdzają się przy mroźnej zimie. I są to nie tylko same kosmetyki.
Zimny styczeń już nie wzbudził u mnie potrzeby ogrzania i nie tylko pod względem zimowej atmosfery. W takich dniach oprócz dużej ilości światła potrzebuję zadbać o siebie z podwójną troską. Takie dni nie sprzyjają piciu samej wody, potrzebuje się czegoś gorącego. Z miłości do różanych smaków sprawiłam sobie pyszną aromatyczną herbatę Adalbert's, która już od rana poprawia mój nastrój. Herbatę zaparzam w sitku, dzięki czemu mogę wypić do samego dna, nie natykając się na fusy.
Drugą ulubioną herbatą jest napar ,,Zimowe rozgrzanie" Herbapol. Jaki ona ma niesamowity smak! Sypię ją prosto do kubka, a fusy w postaci suszonych owoców są jadalne i też bardzo smaczne. Uwielbiam.
Lubię nie tylko sama pachnąć, ale uwielbiam też, kiedy zapach roznosi się po całym domu i nie powoduje to bólu głowy. Świecę Hidden Label o zapachu lawendy już wypaliłam, a zapach nie męczył, natomiast był niesamowicie kojący. Świeczkę dostałam, nie jest w tej chwili dostępna w sieci, ale widziałam świece tej marki na Amazonie i chętnie zamówię choćby to była świeca w inny zapachu nawet w ciemno.
Zimą moje usta uwielbiaja się wysuszać na wiór. W domu do ich regeneracji stosuję maskę do ust Lip Sleeping Mask Strawberry Shortcace Laneige. Jest ona jednocześnie maską, balsamem, nawet błyszczykiem. Od kiedy poznałam, nie używam już żadnych aptecznych czy zielarskich balsamów czy maści, bo i tak to był dla mnie zawsze pic na wodę. Kiedy wychodzę na zewnątrz, chcę, żeby moje usta nie tylko zdrowo wyglądały, ale muszą też być widoczne. Wtedy najlepiej sprawdza się pomadka do ust Rouge Coco Flash 90 Jour Chanel, która nie tylko nadaje kolor, ale też nawilża, odżywia i chroni przed bardzo zimnym powietrzem, także przed wiatrem. Bardzo lubię też błyszczyk do ust Gloss Bomb Oil Fenty Beauty. Ten błyszczyk jest wyjątkowo trwały, nie klei się do włosów, zresztą mam czapkę, pięknie nabłyszcza i chroni usta.
Także i zimą potrzebuję pięknych zapachów. Woda perfumowana Chanel 5 wzbudza różne emocje i też nie od ten zapach razu mi się spodobał, ale po wypróbowaniu go ponownie w perfumeriach postanowiłam sobie zrobić prezent i zamówiłam bezpośrednio ze strony Chanel. razem z gratisową zawieszką. Marka często robi takie prezenty. Zapach na mojej skórze jest bardzo trwały, pachnie do następnego dnia, na płaszczu trzyma się jeszcze dłużej. Chanel 5 był już w ulubieńcach roku, ale on ma taką magiczną moc, że musiałam go jeszcze raz umieścić w tym poście.
Olejek Huile Prodigieuse Or Florale Nuxe już od dawna był na mojej liście zakupowej, ale zdążyłam go już otrzymać w prezencie w stacjonarnej aptece. Jeszcze nie ma recenzji, ale wątpię czy doczeka lata, nie żałuję go sobie. Moja skóra nim pięknie pachnie.
Wydaje mi się, że moja tolerancja na zimę bardzo spadła, do tego gardło od dawna miałam wyjątkowo wrażliwe. Szalik z wełny merynosa Ansin to mój zeszłoroczny prezent od siebie samej. Drogi był, ale nie żałuję żadnej złotówki. Żaden szalik tak do tej pory mnie nie ogrzewał, i myślę, że dość późno się na niego zdecydowałam. Piorę go w rękach, bardzo delikatnie odwirowuję w pralce, na szczęście nic się nie dzieje, co miałoby mnie zaniepokoić. Piorę w rękach, bo jedną czapkę na programie wełnianym sfilcowałam i i już pralce nie zaufam. Rękawiczki Wittchen tak samo są zeszłoroczne, z miękkiej skóry, dobrze ogrzewają moje dłonie. Co u Was się sprawdziło w styczniu najbardziej?
Pozdrowienia! ✨
Lubimy myśleć, że mamy nad wszystkim kntrolę. Że jeśli coś nam się udało, to wyłącznie dzięki własnej pracy, rozsądkowi czy sprytowi. Że skoro nam wyszło, to inni widocznie starali się za mało, źle wybrali albo po prostu byli gorsi. To bardzo kusząca narracja, bo daje poczucie siły oraz porządku w świecie, który w rzeczywistości porządny bywa rzadko.
Prawda jest jednak mniej wygodna. Nie wszystko zależy od nas. Im szybciej to zrozumiemy, tym mniej będziemy skłonni do zbyt łatwych ocen.
Każdy człowiek idzie przez życie z innym bagażem. Jedni startują z zapasem bezpieczeństwa, inni z lękiem, którego nie widać na pierwszy rzut oka. Są tacy, którym zdrowie pozwala działać bez ograniczeń, ale są też tacy, którzy codziennie muszą negocjować z własnym ciałem. Są decyzje podjęte w spokoju i takie, które zapadają pod presją, w zmęczeniu albo strachu. Od zewnątrz wszystko wygląda prosto. Natomiast od środka rzadko kiedy.
Nadmierna pewność siebie często bierze się z niepełnej perspektywy. Z mylenia sprzyjających okoliczności z wyłączną zasługą. Z przekonania, że skoro dziś jesteśmy „na górze”, to już tak zostanie. A historia, zarówno ta wielka, jak i zupełnie prywatna pokazuje, jak kruche bywa to poczucie stabilności. Wystarczy jeden nieprzewidziany zbieg zdarzeń, choroba, błąd, którego wcześniej nie musieliśmy popełnić, by role się odwróciły.
Drwina z innych jest w tym sensie podwójnie krótkowzroczna. Po pierwsze - dlatego, że opiera się na niepełnej wiedzy. Po drugie - bo zakłada trwałość własnej pozycji. A ta, jak wiadomo, nie jest dana raz na zawsze. To, z czego dziś się śmiejemy, jutro może stać się naszym własnym doświadczeniem.
Dawniej mówiło się, że pokora to nie umniejszanie siebie, ale świadomość granic. Tego, że obok wysiłku zawsze istnieje przypadek, los, okoliczność. Że sukces nie jest dowodem wyższości, natomiast porażka moralnej słabości. To podejście nie odbiera ambicji ani odpowiedzialności. Przeciwnie: uczy uważności i szacunku, także wobec tych, którzy idą wolniej albo inną drogą.
Nie chodzi o to, by rezygnować z wiary w siebie. Chodzi o to, by nie budować jej na cudzym potknięciu. Pewność siebie, która nie potrzebuje drwić z innych, jest znacznie trwalsza. I znacznie lepiej świadczy o człowieku.
Bo ostatecznie każdy z nas jest tylko o jeden zbieg okoliczności od tego, by znaleźć się po drugiej stronie oceny. I dobrze o tym pamiętać, zanim pozwolimy sobie na zbyt łatwy uśmiech wyższości.
Pozdrowienia! ✨
Czerwona szminka nie jest nowym wynalazkiem ani chwilową modą. Towarzyszy kobietom od tysięcy lat i w każdej epoce miała swoje konkretne znaczenie. Zmieniały się receptury, składniki i sposób jej noszenia, ale sam kolor pozostał niezmienny. Wyrazisty, widoczny i zawsze zauważany. Dobrze dobrany pasuje każdej kobiecie.
Pierwsze czerwone szminki nie były niczym innym jak tylko prostymi mieszaninami pigmentów i tłuszczów. W starożytnej Mezopotamii używano czerwonej ochry, czyli sproszkowanych tlenków żelaza, które mieszano z olejami lub tłuszczami zwierzęcymi. Barwione usta nie były wtedy ozdobą codzienną, lecz oznaką pozycji społecznej i dostępu do dóbr, które nie były powszechne.
W Egipcie czerwień stała się elementem kultury wizualnej i rytuału. Stosowano czerwone ochry oraz barwniki pochodzenia zwierzęcego, między innymi pochodzące z owadów kermes, łączone z woskiem pszczelim. Intensywne usta nosili zarówno mężczyźni, jak również kobiety, a najbardziej znaną postacią pozostaje Kleopatra, która traktowała makijaż jako świadome narzędzie budowania wizerunku władczyni.
W starożytnych Chinach popularny był cynober, czyli siarczek rtęci, dający głęboką, chłodną czerwień. Chociaż dziś już wiadomo, że był on substancją toksyczną, przez wieki wykorzystywano go w kosmetyce, malarstwie, także w ceremoniale dworskim. Czerwone usta miały tam znaczenie estetyczne i symboliczne, związane z prestiżem i formalnym wyglądem.
W Grecji i Rzymie stosowano zarówno barwniki roślinne, takie jak marzanna, jak i pigmenty mineralne oraz zwierzęce, w tym kermes i minium. Makijaż ust był obecny w życiu codziennym, jednak jego odbiór zależał od osoby, która go nosiła. U arystokratek podkreślał status, u aktorek i kurtyzan bywał odczytywany jako prowokacyjny.
Średniowieczna Europa oficjalnie odrzucała makijaż, ale w praktyce kobiety sięgały po domowe środki barwiące: soki z buraków, jagód czy wyciągi z marzanny. Czerwień była wtedy przygaszona, prywatna i pozbawiona demonstracyjnego charakteru, lecz sama potrzeba podkreślania ust nie zniknęła.
Prawdziwy przełom jednak przyniósł XX wiek. Dzięki oczyszczonym barwnikom z koszenili oraz rozwojowi pigmentów syntetycznych czerwona szminka stała się trwała, powtarzalna, ale również dostępna. Noszone przez gwiazdy kina, takie jak Greta Garbo czy Marilyn Monroe, czerwone usta stały się znakiem rozpoznawczym kobiecej pewności siebie i elegancji, a nie chwilowej mody.
Dziś czerwona szminka funkcjonuje poza sezonowością trendów. Jest wyborem, który nie wymaga uzasadnienia. Dla jednych oznacza elegancję, dla innych siłę, dla jeszcze innych zwykłą przyjemność powrotu do czegoś sprawdzonego. Jej historia, oparta na realnych pigmentach i konkretnych kobietach, sprawia jednak, że ten kolor nigdy nie jest zupełnie neutralny.
Czerwona szminka przetrwała nie dlatego, że podążała za modą, ale dlatego, że odpowiadała na realną potrzebę. Była elementem wizerunku, świadomym gestem i znakiem ciągłości. Przez wieki zmieniały się składniki, receptury i kontekst, jednak sam sens pozostał ten sam. To kolor, który nie znika wraz z sezonem, bo nie powstał na jeden moment. I właśnie dlatego nieustannie do niego wracamy.
Bardzo ważna w pielęgnacji twarzy jest znacznie cieńsza skóra pod oczami. Ponieważ jest ona cienka, to jest też znacznie delikatniejsza, dlatego tu najszybciej powstają podrażnienia, dużo szybciej powstają też zmarszczki. Oprócz zmarszczek pojawiają się też zasinienia i worki pod oczami, które nie wyglądają estetycznie, nie są też zależne od samej pielęgnacji. Jak temu zapobiec, jak zachować młodość piękną skórę w tych okolicach?
Są perfumy, które pojawiają się i znikają wraz z modą. Są też takie, które zostają na długie lata. Nie dlatego, że znajdują się akurat w trendach mody, ale dlatego, że są ponadczasowe. Chanel No. 5 to zapach, który nie próbuje się przypodobać na siłę. Od ponad stu lat prostu jest. I od ponad stu lat jest chyba najbardziej znany na świecie. Jedni kochają ten zapach, inni nienawidzą, ja go uwielbiam. Zapach ten towarzyszy mi w wersji wody perfumowanej.
Chanel No. 5 pojawił się w 1921 roku, w momencie kiedy zapachy były jeszcze dość oczywiste, łatwe w odbiorze, jedno kwiatowe. Gabrielle Chanel nie szukała kolejnego kwiatowego perfumu, który miałby ładnie pachnieć. Zależało jej na zapachu czystości, porządku i elegancji, czymś, co kojarzyłoby się z kobietą zadbaną, ale nie ze zwykłym bukietem.
Ernest Beaux przygotował kilka wersji kompozycji. Jedna z nich zawierała wyraźnie wyczuwalne aldehydy, składniki wówczas rzadko stosowane w takiej ilości. To one nadały zapachowi charakterystyczną świeżość, lekko mydlany ton i wrażenie chłodnego dystansu. Chanel wybrała właśnie tę wersję. Nazwa pozostała robocza, prosta, pozbawiona opisu. Numer pięć miał być też jej szczęśliwą cyfrą.
Zapach od początku był odbierany jako inny. Nie dawał natychmiastowej przyjemności, nie był słodki ani jednoznaczny. Z czasem rozwijał się na skórze, pokazując kwiatowe serce i cieplejszą bazę. Dla wielu kobiet był zapachem czystym, dla innych znów zbyt poważnym. Nie próbował nikogo uwodzić, raczej towarzyszył.
Flakon w niczym nie przypominał znanych w tamtejszych czasach ozdobnych flakonów. Stworzony był w zwykłym prostym stylu przypominając raczej piersiówkę noszoną przez jej ukochanego. Chanel nie chciała oprawy, która odwracałaby uwagę od zawartości. Ta prostota okazała się na tyle trafiona, że do tej pory pozostała niezmienna.

Chanel No. 5 był zapachem noszonym na co dzień, nie był on wtedy jeszcze symbolem wyjątkowych okazji. Używały go kobiety pracujące, podróżujące, prowadzące zwyczajne jak na tamte czasy normalne życie. Z czasem zaczął kojarzyć się z określonym pokoleniem i stylem, co dziś bywa odczytywane jako „zapach dawnych czasów”.
Zapach ten już od początku łamał zasady. Kiedy perfumy pachniały tylko jednym kwiatem jak na przykład róża, fiołek czy konwalia, ten zapach był złożony, wielowarstwowy, trudny do jednoznacznego opisania. Aldehydy nadały mu charakter mydlanej czystości w luksusowym wydaniu. Jaśmin i róża zbudowały serce, natomiast ciepła baza sprawiła, że zapach nie był zimny ani odległy.
Chanel No. 5 w wersji wody perfumowanej rozwija się spokojnie i bez pośpiechu. Od pierwszej chwili daje wrażenie czystości, ale nie tej chłodnej i świeżej, ale raczej ciepłej, dobrze znanej. Jest w nim lekko kremowa nuta mydlana, jak zapach skóry tuż po kąpieli w eleganckim stylu.
Po chwili zapach nabiera głębi. Pojawiają się kwiaty, ale nie w swojej naturalnej, ogrodowej postaci. Są wygładzone, dyskretne, jakby przefiltrowane przez puder i światło. Jaśmin wnosi aksamitność, róża porządek i strukturę. Nic tu nie wybija się na pierwszy plan. Wszystko jest ułożone i podporządkowane jednej całości.
Z czasem kompozycja staje się cieplejsza i bardziej otulająca. Wanilia nie jest już słodka, natomiast drzewne tony pozostają suche i stonowane. Zapach osiada blisko skóry, tworząc wrażenie spokoju i stabilności. Nie zmienia się, raczej trwa, jakby był częścią osoby, która go nosi.
Chanel No. 5 EDP to nie jest zapach, który opowiada prostą historię. Nie flirtuje. Jest to zapach skupiony, wyważony, elegancki w sposób naturalny, który na długo pozostaje w pamięci. Dlatego dla jednych ten zapach jest zbyt poważny, dla innych absolutnie doskonały. Nie każdy go polubi, ale też nie musi. Zapach Chanel No. 5 nie został stworzony po to, by się podobać wszystkim, co trudno żeby mogło być możliwe. Dlatego nadal wywołuje różne emocje i cały czas się o nim mówi. Na mnie pachnie wiele godzin, ale u innych może być różnie, co też zależy od różnych czynników.
Mi nikt nie jest w stanie obrzydzić tego zapachu, bo jak coś lubię, to się o zdanie nie pytam. Przede mną jeszcze są inne zapachy Chanel, a niektóre już kiedyś miałam i też uwielbiam nadal. Który z zapachów Chanel jest Wam najbliższy?
Pozdrowienia! 🌸
![]() |
| Źródło |

Presja dobrego wyglądu nie jest wynalazkiem naszych czasów. Ludzie od zawsze chcieli wyglądać pięknie i zdrowo. Różnica polega na tym, że dawniej była to kwestia obyczaju, higieny i umiaru, a dziś coraz częściej staje się powodem do nieustannej poprawy.
Jeszcze nie tak dawno dobry wygląd oznaczał zadbaną cerę, dobrze ułożone włosy, także ubranie stosowne do okazji. Naturalne oznaki wieku były czymś oczywistym, wpisanym w życie, doświadczenie, pozycję. Zmarszczki nie wymagały wyjaśnień ani korekty. Dziś są traktowane jak błąd, który należy jak najszybciej naprawić.
Media społecznościowe, filtry, nieustanna ekspozycja twarzy i ciała sprawiły, że wygląd przestał być dodatkiem do człowieka, a zaczął funkcjonować jako jego wizytówka. Wizerunek często wyprzedza treść. Zanim ktoś zostanie wysłuchany, bywa już oceniony - po skórze, ustach, owalu twarzy. To rodzi presję, której wcześniej po prostu nie było w takiej skali.
Tę potrzebę doskonale wykorzystuje medycyna estetyczna. Z jednej strony dała realne narzędzia takie jak poprawę jakości skóry, pomoc po chorobach, korektę zmian, które rzeczywiście wpływają na komfort życia. Z drugiej strony zaś coraz częściej oferuje rozwiązania problemów, które zostały wcześniej sztucznie stworzone. To już nie tylko mówi, że ktoś chce wyglądać lepiej, ale koniecznie i jak najszybciej czuje potrzebę wyglądać młodziej, bo inaczej czuje, że coś jest nie tak.
Nie myślcie sobie, że będę tu potępiać chęć upiększenia, poprawy stanu cery.bNiepokojący jest to, że granica normy zaczyna się przesuwać. Twarze stają się do siebie podobne, mimika ubożeje, a indywidualne rysy są traktowane jak defekt. Zamiast dyskretnej korekty pojawia się potrzeba ciągłego ulepszania. Kolejny zabieg, kolejna poprawka, kolejny „plan”. Wygląd przestaje być efektem życia, staje się zadaniem do wykonania. Powiększane usta rzadko wyglądają na naturalne, bez trudu daje się zauważyć, że są powiększane.
Można też wziąć pod uwagę zmianę pokoleniową. Coraz młodsze osoby interesują się zabiegami, które dawniej były zarezerwowane dla dojrzałego wieku. Zapobieganie zamienia się w nadgorliwość, natomiast naturalna twarz dwudziestolatki bywa postrzegana jako niewystarczająca. To nie jest już kwestia estetyki, ale lęku przed starzeniem, oceną, wypadnięciem z obiegu.
Dokąd to zmierza? Jeśli tempo się utrzyma, ryzykujemy utratę różnorodności i akceptacji dla naturalnego wyglądu. Starzenie już staje się czymś wstydliwym, a twarz produktem wymagającym stałej kontroli. A przecież przez wieki było inaczej: wiek niósł ze sobą autorytet, a nie konieczność maskowania.
Jeszcze raz wspomnę, że nie chodzi o potępianie medycyny estetycznej jako takiej. Rozsądek, umiar i realna potrzeba zawsze były częścią dobrego obyczaju. Problem zaczyna się wtedy, kiedy presja z zewnątrz zastępuje własną ocenę, a poprawianie wyglądu staje się obowiązkiem, a nie wyborem.
Być może najwyższy czas wrócić do myślenia, że można dbać o siebie bez poprawiania się bez końca. W twarzy oprócz zmarszczek równie dobrze można ujrzeć historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Nie można też nie zauważyć kwestii zdrowotnych, które zbyt często są spychane na margines. Zabiegi medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej, zwłaszcza te inwazyjne, zawsze niosą ze sobą ryzyko. Powiększanie piersi, choć bywa przedstawiane jako rutynowa procedura, wiąże się z możliwością powikłań: od infekcji i problemów z gojeniem, przez konieczność kolejnych operacji, aż po długofalowe konsekwencje dla organizmu. Implanty nie są rozwiązaniem długie lata. One wymagają kontroli, wymiany, niekiedy usunięcia, co rzadko wybrzmiewa w reklamowych spotach.
Coraz częściej mówi się także o przewlekłych dolegliwościach, bólu, zmęczeniu czy reakcjach autoimmunologicznych, które pojawiają się po latach. Niezależnie od sporów i statystyk jedno pozostaje niezmienne: ingerencja w zdrowe ciało nigdy nie jest obojętna. Natomiast decyzje podejmowane pod presją ideału rzadko są w pełni przemyślane.
Dlatego pytanie o kierunek, w jakim zmierzamy, dotyczy nie tylko estetyki, ale też odpowiedzialności. Czy naprawdę chcemy normalizować ryzykowne zabiegi jako element codziennej pielęgnacji? Czy młode kobiety powinny traktować operację jak kolejny etap dbania o siebie?
Być może najwyższy czas wrócić do prostszego myślenia: dbać o siebie, ale nie poprawiać się bez końca. Widzieć w twarzy i ciele historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Bo dobry wygląd nigdy nie polegał na perfekcji, tylko na harmonii, która z wiekiem się zmienia się, ale nie traci sensu.
Pozdrowienia! 🌸