Dlaczego minimalizm jest szkodliwy
W ciągu ostatnich lat minimalizm dorobił się statusu niemal moralnej cnoty. Takiej niemal świętości, której należy się trzymać. Mniej rzeczy, mniej bodźców, mniej zobowiązań, za to obietnica spokoju, wolności i lepszego życia. Brzmi to niby rozsądnie, ale problem zaczyna się wtedy, gdy to „mniej” zamiast być wyborem, staje się nakazem. Obserwując tego typu trend, można dostać wysypki.
Człowiek od zawsze gromadził. Przedmioty miały znaczenie nie tylko praktyczne, ale również symboliczne, a także emocjonalne. Dom nie był sterylną przestrzenią, ale miejscem pamięci. Meble dziedziczone po rodzinie, książki czytane latami, pamiątki przypominające o ludziach oraz wydarzeniach. Minimalizm próbuje to wszystko unieważnić, sprowadzając wartość rzeczy wyłącznie do ich użyteczności tu i teraz. A życie przecież nie składa się tylko z funkcji.
W minimalizmie irytująca jest także presja, jaką wywiera. Zamiast ulgi pojawia się obawa: czy mam za dużo, czy to już nadmiar, czy powinnam się pozbyć kolejnej rzeczy, by „żyć lepiej" właśnie tu i teraz. Paradoksalnie, zamiast wolności pojawia się nowa forma kontroli, jednak tym razem innego rodzaju. Porządek przestaje służyć człowiekowi, za to człowiek zaczyna służyć porządkowi.
Minimalizm często ignoruje różnice między ludźmi. Nie każdy czuje się dobrze w pustej przestrzeni. Dla jednych nadmiar jest przytłaczający, dla innych akurat odwrotnie. Książki na półkach, tkaniny, kolory, przedmioty z historią potrafią dawać poczucie zakorzenienia, ciągłości. Odrzucanie ich w imię trendu bywa formą odcinania się od własnej tożsamości.
Minimalizm może być też odczuwalny jako praktyczny. Uczy, że w każdej chwili można się czegoś pozbyć, bo w razie potrzeby da się to odkupić. To myślenie choć podane w ascetycznym opakowaniu jest bardzo krótkowzroczne, no i niestety też konsumpcyjne. Dawniej rzeczy się przechowywało, naprawiało i szanowało. Nie dlatego, że było się minimalistą, ale dlatego, że miały wartość.
Minimalizm nie zostawia miejsca na słabość. Nie pozwala sentyment, przywiązanie, chaos wynikający bezpośrednio z życia. A życie rzadko bywa idealnie uporządkowane. Próba wciśnięcia go w estetyczne ramy często kończy się frustracją i poczuciem winy, że znów coś nie wyszło.
Nie chodzi o to, by bronić bałaganu czy bezrefleksyjnego gromadzenia. Chodzi o umiar, zdrowy rozsądek, o prawo do posiadania rzeczy, które nie są modne, ale są dla nas ważne. Chodzi też o przestrzeń, która nie wygląda jak z katalogu, ale przytulne miejsce, gdzie odpoczywamy. Nie mam zamiaru, ani czasu na to, by liczyć obsesyjnie, ile mam ubrań, torebek czy kosmetyków. Kiedy kupuję coś nowego, nie szukam na siłę, by się czegoś pozbyć, bo ,,tak wypada". Nie pozbywam się też starych pocztówek, czy innych rzeczy, do których czuję sentyment, bo stały się ,,niemodne".
Minimalizm jako narzędzie może być pomocny, ale jako ideologia często bywa szkodliwy. Własny spokój nie polega na ciągłym odejmowaniu, ale na mądrym wyborze tego, co chcemy zachować.
Pozdrowienia! ✨


Komentarze
Prześlij komentarz
☆ Jest mi bardzo miło, kiedy odwiedzasz to miejsce i zostawiasz swój ślad. Jednak pamiętaj!
☆ KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE NIEOPŁACONE LINKI, LINKI DO ADRESÓW BLOGA LUB REKLAMY NIE SĄ AKCEPTOWANE I TRAFIAJĄ DO SPAMU!
☆ Nie widzisz swojego komentarza? Prawdopodobnie pozostawiłaś w nim nieopłacony link. Zgodnie z obietnicą trafił do spamu. Szanuj cudzą pracę! Mam alergię na cwaniactwo.
☆ Zanim napiszesz komentarz, poświęć chwilę i przeczytaj cały post. Chyba, że lubisz się kompromitować.