Kiedy dobry wygląd przestaje być sprawą prywatną

 

           Presja dobrego wyglądu nie jest wynalazkiem naszych czasów. Ludzie od zawsze chcieli wyglądać pięknie i zdrowo. Różnica polega na tym, że dawniej była to kwestia obyczaju, higieny i umiaru, a dziś coraz częściej staje się powodem do nieustannej poprawy.

Jeszcze nie tak dawno dobry wygląd oznaczał zadbaną cerę, dobrze  ułożone włosy, także ubranie stosowne do okazji. Naturalne oznaki wieku były czymś oczywistym, wpisanym w życie, doświadczenie, pozycję. Zmarszczki nie wymagały wyjaśnień ani korekty. Dziś są traktowane jak błąd, który należy jak najszybciej naprawić.

Media społecznościowe, filtry, nieustanna ekspozycja twarzy i ciała sprawiły, że wygląd przestał być dodatkiem do człowieka, a zaczął funkcjonować jako jego wizytówka. Wizerunek często wyprzedza treść. Zanim ktoś zostanie wysłuchany, bywa już oceniony - po skórze, ustach, owalu twarzy. To rodzi presję, której wcześniej po prostu nie było w takiej skali.

Tę potrzebę doskonale wykorzystuje medycyna estetyczna. Z jednej strony dała realne narzędzia takie jak poprawę jakości skóry, pomoc po chorobach, korektę zmian, które rzeczywiście wpływają na komfort życia. Z drugiej strony zaś coraz częściej oferuje rozwiązania problemów, które zostały wcześniej sztucznie stworzone. To już nie tylko mówi, że ktoś chce wyglądać lepiej, ale koniecznie i jak najszybciej czuje potrzebę wyglądać młodziej, bo inaczej czuje, że coś jest nie tak.


 

Nie myślcie sobie, że będę tu potępiać chęć upiększenia, poprawy stanu cery.bNiepokojący jest to, że granica normy zaczyna się przesuwać. Twarze stają się do siebie podobne, mimika ubożeje, a indywidualne rysy są traktowane jak defekt. Zamiast dyskretnej korekty pojawia się potrzeba ciągłego ulepszania. Kolejny zabieg, kolejna poprawka, kolejny „plan”. Wygląd przestaje być efektem życia, staje się zadaniem do wykonania. Powiększane usta rzadko wyglądają na naturalne, bez trudu daje się zauważyć, że są powiększane.

Można też wziąć pod uwagę zmianę pokoleniową. Coraz młodsze osoby interesują się zabiegami, które dawniej były zarezerwowane dla dojrzałego wieku. Zapobieganie zamienia się w nadgorliwość, natomiast naturalna twarz dwudziestolatki bywa postrzegana jako niewystarczająca. To nie jest już kwestia estetyki, ale lęku przed starzeniem, oceną, wypadnięciem z obiegu.

Dokąd to zmierza? Jeśli tempo się utrzyma, ryzykujemy utratę różnorodności i akceptacji dla naturalnego wyglądu. Starzenie już staje się czymś wstydliwym, a twarz produktem wymagającym stałej kontroli. A przecież przez wieki było inaczej: wiek niósł ze sobą autorytet, a nie konieczność maskowania.

Jeszcze raz wspomnę, że nie chodzi o potępianie medycyny estetycznej jako takiej. Rozsądek, umiar i realna potrzeba zawsze były częścią dobrego obyczaju. Problem zaczyna się wtedy, kiedy presja z zewnątrz zastępuje własną ocenę, a poprawianie wyglądu staje się obowiązkiem, a nie wyborem.

Być może najwyższy czas wrócić do myślenia, że można dbać o siebie bez poprawiania się bez końca. W twarzy oprócz zmarszczek równie dobrze można ujrzeć historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Nie można też nie zauważyć kwestii zdrowotnych, które  zbyt często są spychane na margines. Zabiegi medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej, zwłaszcza te inwazyjne, zawsze niosą ze sobą ryzyko. Powiększanie piersi, choć bywa przedstawiane jako rutynowa procedura, wiąże się z możliwością powikłań: od infekcji i problemów z gojeniem, przez konieczność kolejnych operacji, aż po długofalowe konsekwencje dla organizmu. Implanty nie są rozwiązaniem długie lata. One wymagają kontroli, wymiany, niekiedy usunięcia, co rzadko wybrzmiewa w reklamowych spotach.

Coraz częściej mówi się także o przewlekłych dolegliwościach, bólu, zmęczeniu czy reakcjach autoimmunologicznych, które pojawiają się po latach. Niezależnie od sporów i statystyk jedno pozostaje niezmienne: ingerencja w zdrowe ciało nigdy nie jest obojętna. Natomiast decyzje podejmowane pod presją ideału rzadko są w pełni przemyślane.

Dlatego pytanie o kierunek, w jakim zmierzamy, dotyczy nie tylko estetyki, ale też odpowiedzialności. Czy naprawdę chcemy normalizować ryzykowne zabiegi jako element codziennej pielęgnacji? Czy młode kobiety powinny traktować operację jak kolejny etap dbania o siebie?

Być może najwyższy czas wrócić do prostszego myślenia: dbać o siebie, ale nie poprawiać się bez końca. Widzieć w twarzy i ciele historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Bo dobry wygląd nigdy nie polegał na perfekcji, tylko na harmonii, która z wiekiem się zmienia się, ale nie traci sensu.

Pozdrowienia! 🌸

Komentarze

  1. Bardzo trafne spostrzeżenia. W dzisiejszym świecie łatwo zapomnieć, że twarz to nasza historia, a nie projekt do nieustannej poprawy. Umiar i akceptacja siebie to chyba najtrudniejsza, ale i najpiękniejsza droga.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

☆ Jest mi bardzo miło, kiedy odwiedzasz to miejsce i zostawiasz swój ślad. Jednak pamiętaj!

☆ KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE NIEOPŁACONE LINKI, LINKI DO ADRESÓW BLOGA LUB REKLAMY NIE SĄ AKCEPTOWANE I TRAFIAJĄ DO SPAMU!

☆ Nie widzisz swojego komentarza? Prawdopodobnie pozostawiłaś w nim nieopłacony link. Zgodnie z obietnicą trafił do spamu. Szanuj cudzą pracę! Mam alergię na cwaniactwo.
☆ Zanim napiszesz komentarz, poświęć chwilę i przeczytaj cały post. Chyba, że lubisz się kompromitować.

Dziękuję za każdą kawę ☕

instagram

Copyright © W Blasku Marzeń.