Od ochry do glamour, czyli historia czerwonej szminki

            

            Czerwona szminka nie jest nowym wynalazkiem ani chwilową modą. Towarzyszy kobietom od tysięcy lat i w każdej epoce miała swoje konkretne znaczenie. Zmieniały się receptury, składniki i sposób jej noszenia, ale sam kolor pozostał niezmienny. Wyrazisty, widoczny i zawsze zauważany. Dobrze dobrany pasuje każdej kobiecie.

Pierwsze czerwone szminki nie były niczym innym jak tylko prostymi mieszaninami pigmentów i tłuszczów. W starożytnej Mezopotamii używano czerwonej ochry, czyli sproszkowanych tlenków żelaza, które mieszano z olejami lub tłuszczami zwierzęcymi. Barwione usta nie były wtedy ozdobą codzienną, lecz oznaką pozycji społecznej i dostępu do dóbr, które nie były powszechne.

W Egipcie czerwień stała się elementem kultury wizualnej i rytuału. Stosowano czerwone ochry oraz barwniki pochodzenia zwierzęcego, między innymi pochodzące z owadów kermes, łączone z woskiem pszczelim. Intensywne usta nosili zarówno mężczyźni, jak również kobiety, a najbardziej znaną postacią pozostaje Kleopatra, która traktowała makijaż jako świadome narzędzie budowania wizerunku władczyni.

W starożytnych Chinach popularny był cynober, czyli siarczek rtęci, dający głęboką, chłodną czerwień. Chociaż dziś już wiadomo, że był on substancją toksyczną, przez wieki wykorzystywano go w kosmetyce, malarstwie, także w ceremoniale dworskim. Czerwone usta miały tam znaczenie estetyczne i symboliczne, związane z prestiżem i formalnym wyglądem.

W Grecji i Rzymie stosowano zarówno barwniki roślinne, takie jak marzanna, jak i pigmenty mineralne oraz zwierzęce, w tym kermes i minium. Makijaż ust był obecny w życiu codziennym, jednak jego odbiór zależał od osoby, która go nosiła. U arystokratek podkreślał status, u aktorek i kurtyzan bywał odczytywany jako prowokacyjny.

Średniowieczna Europa oficjalnie odrzucała makijaż, ale w praktyce kobiety sięgały po domowe środki barwiące: soki z buraków, jagód czy wyciągi z marzanny. Czerwień była wtedy przygaszona, prywatna i pozbawiona demonstracyjnego charakteru, lecz sama potrzeba podkreślania ust nie zniknęła. 

Prawdziwy przełom jednak przyniósł XX wiek. Dzięki oczyszczonym barwnikom z koszenili oraz rozwojowi pigmentów syntetycznych czerwona szminka stała się trwała, powtarzalna, ale również dostępna. Noszone przez gwiazdy kina, takie jak Greta Garbo czy Marilyn Monroe, czerwone usta stały się znakiem rozpoznawczym kobiecej pewności siebie i elegancji, a nie chwilowej mody.

W ciągu tych wielu lat zmieniał się nie tylko skład szminki, ale również jej aplikacja. W czasach gdy pomadki były tylko lekko kolorowanymi mazidłami, bardzo popularna była metoda 3 palców. Panie odciskały palcem znak na środku warg, następne dwa na górnej, oraz jeden na dolnej, by potem rozetrzeć je na całe usta. W miarę jak pomadki stawały się coraz bardziej intensywne, coraz częściej sięgano po pędzelki aby nadać bardziej precyzyjny kształt. Moda na kształt ust również ulegał zmianom się w przeciągu ostatniego wieku. Wydawało by się, że już wszystko było modne, ale nadal nie wiemy co nas jeszcze czeka w przyszłości.

Dziś czerwona szminka funkcjonuje poza sezonowością trendów. Jest wyborem, który nie wymaga uzasadnienia. Dla jednych oznacza elegancję, dla innych siłę, dla jeszcze innych zwykłą przyjemność powrotu do czegoś sprawdzonego. Jej historia, oparta na realnych pigmentach i konkretnych kobietach, sprawia jednak, że ten kolor nigdy nie jest zupełnie neutralny.

Czerwona szminka przetrwała nie dlatego, że podążała za modą, ale dlatego, że odpowiadała na realną potrzebę. Była elementem wizerunku, świadomym gestem i znakiem ciągłości. Przez wieki zmieniały się składniki, receptury i kontekst, jednak sam sens pozostał ten sam. To kolor, który nie znika wraz z sezonem, bo nie powstał na jeden moment. I właśnie dlatego nieustannie do niego wracamy.

Pozdrowienia! 💋

Co jest ważne w pielęgnacji skóry pod oczami


              Bardzo ważna w pielęgnacji twarzy jest znacznie cieńsza skóra pod oczami. Ponieważ jest ona cienka, to jest też znacznie delikatniejsza, dlatego tu najszybciej powstają podrażnienia, dużo szybciej powstają też zmarszczki. Oprócz zmarszczek pojawiają się też zasinienia i worki pod oczami, które nie wyglądają estetycznie, nie są też zależne od samej pielęgnacji. Jak temu zapobiec, jak zachować młodość piękną skórę w tych okolicach?

Chanel no. 5 - Klasyka, która nie przemija

 

               Są perfumy, które pojawiają się i znikają wraz z modą. Są też takie, które zostają na długie lata. Nie dlatego, że znajdują  się akurat w trendach mody, ale dlatego, że są ponadczasowe. Chanel No. 5 to zapach, który nie próbuje się przypodobać na siłę. Od ponad stu lat prostu jest. I od ponad stu lat jest chyba najbardziej znany na świecie. Jedni kochają ten zapach, inni nienawidzą, ja go uwielbiam.  Zapach  ten towarzyszy mi w wersji wody perfumowanej.

Chanel No. 5 pojawił się w 1921 roku, w momencie kiedy zapachy były jeszcze dość oczywiste, łatwe w odbiorze, jedno kwiatowe. Gabrielle Chanel nie szukała kolejnego kwiatowego perfumu, który miałby ładnie pachnieć. Zależało jej na zapachu czystości, porządku i elegancji, czymś, co kojarzyłoby się z kobietą zadbaną, ale nie ze zwykłym bukietem.

Ernest Beaux przygotował kilka wersji kompozycji. Jedna z nich zawierała wyraźnie wyczuwalne aldehydy, składniki wówczas rzadko stosowane w takiej ilości. To one nadały zapachowi charakterystyczną świeżość, lekko mydlany ton i wrażenie chłodnego dystansu. Chanel wybrała właśnie tę wersję. Nazwa pozostała robocza, prosta, pozbawiona opisu. Numer pięć miał być też jej szczęśliwą cyfrą.

Zapach od początku był odbierany jako inny. Nie dawał natychmiastowej przyjemności, nie był słodki ani jednoznaczny. Z czasem rozwijał się na skórze, pokazując kwiatowe serce i cieplejszą bazę. Dla wielu kobiet był zapachem czystym, dla innych znów zbyt poważnym. Nie próbował nikogo uwodzić, raczej towarzyszył.

Flakon w niczym nie przypominał znanych w tamtejszych czasach ozdobnych flakonów. Stworzony był w zwykłym prostym stylu przypominając raczej piersiówkę noszoną przez jej ukochanego. Chanel nie chciała oprawy, która odwracałaby uwagę od zawartości. Ta prostota okazała się na tyle trafiona, że do tej pory pozostała niezmienna.

Chanel No. 5 był zapachem noszonym na co dzień, nie był on wtedy jeszcze symbolem wyjątkowych okazji. Używały go kobiety pracujące, podróżujące, prowadzące zwyczajne jak na tamte czasy normalne życie. Z czasem zaczął kojarzyć się z określonym pokoleniem i stylem, co dziś bywa odczytywane jako „zapach dawnych czasów”. 

Zapach ten już od początku łamał zasady. Kiedy perfumy pachniały tylko jednym kwiatem jak na przykład róża, fiołek czy konwalia, ten zapach był złożony, wielowarstwowy, trudny do jednoznacznego opisania. Aldehydy nadały mu charakter mydlanej czystości w luksusowym wydaniu. Jaśmin i róża zbudowały serce, natomiast ciepła baza sprawiła, że zapach nie był zimny ani odległy.

Chanel No. 5 w wersji wody perfumowanej rozwija się spokojnie i bez pośpiechu. Od pierwszej chwili daje wrażenie czystości, ale nie tej chłodnej i świeżej, ale raczej ciepłej, dobrze znanej. Jest w nim lekko kremowa nuta mydlana, jak zapach skóry tuż po kąpieli w eleganckim stylu.

Po chwili zapach nabiera głębi. Pojawiają się kwiaty, ale nie w swojej naturalnej, ogrodowej postaci. Są wygładzone, dyskretne, jakby przefiltrowane przez puder i światło. Jaśmin wnosi aksamitność, róża porządek i strukturę. Nic tu nie wybija się na pierwszy plan. Wszystko jest ułożone i podporządkowane jednej całości.

Z czasem kompozycja staje się cieplejsza i bardziej otulająca. Wanilia nie jest już słodka, natomiast drzewne tony pozostają suche i stonowane. Zapach osiada blisko skóry, tworząc wrażenie spokoju i stabilności. Nie zmienia się, raczej trwa, jakby był częścią osoby, która go nosi.

  • Nuty głowy: Aldehydy, Ylang-ylang, Neroli, Bergamotka i Cytryna;
  • Nuty serca: Irys, Jaśmin, Róża, Korzeń irysa i Konwalia;
  • Nuty bazy: Cywet, Piżmo, Drzewo sandałowe, Bursztyn, Mech, Wanilia, Wetyweria i Paczula.

Chanel No. 5 EDP to nie jest zapach, który opowiada prostą historię. Nie flirtuje. Jest to zapach skupiony, wyważony, elegancki w sposób naturalny, który na długo pozostaje w pamięci. Dlatego dla jednych ten zapach jest zbyt poważny, dla innych absolutnie doskonały. Nie każdy go polubi, ale też nie musi. Zapach Chanel No. 5 nie został stworzony po to, by się podobać wszystkim, co trudno żeby mogło być możliwe. Dlatego nadal wywołuje różne emocje i cały czas się o nim mówi. Na mnie pachnie wiele godzin, ale u innych może być różnie, co też zależy od różnych czynników. 

Mi nikt nie jest w stanie obrzydzić tego zapachu, bo jak coś lubię, to się o zdanie nie pytam. Przede mną jeszcze są inne zapachy Chanel, a niektóre już kiedyś miałam i też uwielbiam nadal. Który z zapachów Chanel jest Wam najbliższy?

Pozdrowienia! 🌸




Fragonard Fleur d’Oranger Intense - zapach, którego się nie zapomina


              Są perfumy, które ładnie pachną, są też takie, które zostają w głowie na dłużej, ponieważ budzą skojarzenia, emocje, obrazy. Fleur d’Oranger Intense należy do tej drugiej grupy. To zapach, który nie próbuje być nowoczesny, natomiast przypomina, dlaczego perfumy powinno traktować się jak coś osobistego.


Flakon w edycji Intense Luxe zaprojektowany został z dbałością o detale. Elegancka butelka, która podkreśla luksusowy charakter kompozycji z przyjemnością może być ozdobą toaletki. Ponieważ nie mam pełnowymiarowej wersji tego zapachu, wstawiam tu zdjęcie zapisane ze sklepu internetowego, ale chętnie je wymienię, kiedy tylko uda mi się kupić ten flakonik.



Fleur D'oranger Intense Fragonard wydany został w 2016 roku przez francuski dom perfumeryjny Fragonard w 2016 roku. Jest to kompozycja skoncentrowana wokół kwiatu pomarańczy i białych kwiatów, zaprojektowana jako intensywniejsza wersja klasycznego zapachu Fleur d’Oranger.

Dom Fragonard natomiast ma znacznie dłuższą historię. Założony został w 1926 roku na południu Francji Grasse,  mieście słynącym od wieków nie tylko z uprawy kwiatów, ale również tworzenia perfum. Marka używająca naturalnych składników i surowców od początku związana jest z tradycyjną sztuką perfumeryjną.

Na krótko przed I wojną światową Eugne Fuchs, przedsiębiorca w glebi duszy uwiedziony już magią perfum, zdecydował sie założyć własną perfumerię opartą na nowatorskiej koncepcji sprzedaży produktów perfumeryjnych bezpośrednio turystom, którzy zaczynali odgrywać uroki francuskiego Riveras. Perfumeria Fragonard została otwarta w 1926 roku. Eugne Fuchs nazwał ja na cześć słynnego malarza urodzonego w Grasse, Jeana-Honora Fragonarda jako hołd zarówno dla miasta Grasse, jak i dla udoskonalenia sztuki XVIII-wiecznej. Podobno wybór imienia wyrażał chęć prowadzenia działalności w zgodzie z tradycjami. Tego ducha lojalnie podtrzymywaly trzy kolejne pokolenia, które kierowały i nadal prowadzą firmę.


Źródło 


Fleur D'oranger Intense już od pierwszej chwili wyczuwa się, że nie jest to ten lekki zapach który nosimy tylko latem. Cytrusy w otwarciu są spokojne, naturalne, jak poranne światło wpadające przez okno. Nie grają pierwszych skrzypiec, ale delikatnie wprowadzają w serce kompozycji, gdzie wszystko zaczyna się naprawdę. Kwiat pomarańczy jest tu gęsty, kremowy, także lekko miodowy. Ma w sobie coś kojącego, a jednocześnie bardzo kobiecego.

Z czasem zapach osiada bliżej skóry. Robi się cieplejszy, bardziej miękki, jakby uspokajał oddech. Jaśmin dodaje mu łagodności, a miód i drzewo sandałowe sprawiają, że całość staje się przytulna, ale nie ciężka. 


Nuty zapachowe:

  • bergamotka, mandarynka
  • kwiat pomarańczy, jaśmin
  • miód, drzewo sandałow


Fleur d’Oranger Intense pachnie jak wspomnienie czegoś dobrego. Jak chwila spokoju, która nie potrzebuje świadków. To zapach dla osób, które nie szukają komplementów od przypadkowych ludzi, tylko chcą nosić coś, co naprawdę z nimi rezonuje. To niszowy zapach, który z powodzeniem można nosić na co dzień. Jest to zapach bardzo zmysłowy, kobiecy, pełen harmonii. 
Zanim otworzyłam tę saszetkę, zwlekałam z myślą, że po otwarciu szybko się ulotni. To była zbędna obawa, ponieważ chusteczka jest tak bardzo mocno nasączona tym zapachem tak, że można go użyć na kilka razy. Zapach już od samego  otwarcia jest po prostu niebiański, dający ukojenie letniego wieczoru. Zapisuję go tu także dla siebie jako kolejny na mojej zapachowej wishliście.


Pozdrowienia! ✨

Kiedy dobry wygląd przestaje być sprawą prywatną

 

           Presja dobrego wyglądu nie jest wynalazkiem naszych czasów. Ludzie od zawsze chcieli wyglądać pięknie i zdrowo. Różnica polega na tym, że dawniej była to kwestia obyczaju, higieny i umiaru, a dziś coraz częściej staje się powodem do nieustannej poprawy.

Jeszcze nie tak dawno dobry wygląd oznaczał zadbaną cerę, dobrze  ułożone włosy, także ubranie stosowne do okazji. Naturalne oznaki wieku były czymś oczywistym, wpisanym w życie, doświadczenie, pozycję. Zmarszczki nie wymagały wyjaśnień ani korekty. Dziś są traktowane jak błąd, który należy jak najszybciej naprawić.

Media społecznościowe, filtry, nieustanna ekspozycja twarzy i ciała sprawiły, że wygląd przestał być dodatkiem do człowieka, a zaczął funkcjonować jako jego wizytówka. Wizerunek często wyprzedza treść. Zanim ktoś zostanie wysłuchany, bywa już oceniony - po skórze, ustach, owalu twarzy. To rodzi presję, której wcześniej po prostu nie było w takiej skali.

Tę potrzebę doskonale wykorzystuje medycyna estetyczna. Z jednej strony dała realne narzędzia takie jak poprawę jakości skóry, pomoc po chorobach, korektę zmian, które rzeczywiście wpływają na komfort życia. Z drugiej strony zaś coraz częściej oferuje rozwiązania problemów, które zostały wcześniej sztucznie stworzone. To już nie tylko mówi, że ktoś chce wyglądać lepiej, ale koniecznie i jak najszybciej czuje potrzebę wyglądać młodziej, bo inaczej czuje, że coś jest nie tak.


 

Nie myślcie sobie, że będę tu potępiać chęć upiększenia, poprawy stanu cery.bNiepokojący jest to, że granica normy zaczyna się przesuwać. Twarze stają się do siebie podobne, mimika ubożeje, a indywidualne rysy są traktowane jak defekt. Zamiast dyskretnej korekty pojawia się potrzeba ciągłego ulepszania. Kolejny zabieg, kolejna poprawka, kolejny „plan”. Wygląd przestaje być efektem życia, staje się zadaniem do wykonania. Powiększane usta rzadko wyglądają na naturalne, bez trudu daje się zauważyć, że są powiększane.

Można też wziąć pod uwagę zmianę pokoleniową. Coraz młodsze osoby interesują się zabiegami, które dawniej były zarezerwowane dla dojrzałego wieku. Zapobieganie zamienia się w nadgorliwość, natomiast naturalna twarz dwudziestolatki bywa postrzegana jako niewystarczająca. To nie jest już kwestia estetyki, ale lęku przed starzeniem, oceną, wypadnięciem z obiegu.

Dokąd to zmierza? Jeśli tempo się utrzyma, ryzykujemy utratę różnorodności i akceptacji dla naturalnego wyglądu. Starzenie już staje się czymś wstydliwym, a twarz produktem wymagającym stałej kontroli. A przecież przez wieki było inaczej: wiek niósł ze sobą autorytet, a nie konieczność maskowania.

Jeszcze raz wspomnę, że nie chodzi o potępianie medycyny estetycznej jako takiej. Rozsądek, umiar i realna potrzeba zawsze były częścią dobrego obyczaju. Problem zaczyna się wtedy, kiedy presja z zewnątrz zastępuje własną ocenę, a poprawianie wyglądu staje się obowiązkiem, a nie wyborem.

Być może najwyższy czas wrócić do myślenia, że można dbać o siebie bez poprawiania się bez końca. W twarzy oprócz zmarszczek równie dobrze można ujrzeć historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Nie można też nie zauważyć kwestii zdrowotnych, które  zbyt często są spychane na margines. Zabiegi medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej, zwłaszcza te inwazyjne, zawsze niosą ze sobą ryzyko. Powiększanie piersi, choć bywa przedstawiane jako rutynowa procedura, wiąże się z możliwością powikłań: od infekcji i problemów z gojeniem, przez konieczność kolejnych operacji, aż po długofalowe konsekwencje dla organizmu. Implanty nie są rozwiązaniem długie lata. One wymagają kontroli, wymiany, niekiedy usunięcia, co rzadko wybrzmiewa w reklamowych spotach.

Coraz częściej mówi się także o przewlekłych dolegliwościach, bólu, zmęczeniu czy reakcjach autoimmunologicznych, które pojawiają się po latach. Niezależnie od sporów i statystyk jedno pozostaje niezmienne: ingerencja w zdrowe ciało nigdy nie jest obojętna. Natomiast decyzje podejmowane pod presją ideału rzadko są w pełni przemyślane.

Dlatego pytanie o kierunek, w jakim zmierzamy, dotyczy nie tylko estetyki, ale też odpowiedzialności. Czy naprawdę chcemy normalizować ryzykowne zabiegi jako element codziennej pielęgnacji? Czy młode kobiety powinny traktować operację jak kolejny etap dbania o siebie?

Być może najwyższy czas wrócić do prostszego myślenia: dbać o siebie, ale nie poprawiać się bez końca. Widzieć w twarzy i ciele historię życia, a nie listę rzeczy do skorygowania. Bo dobry wygląd nigdy nie polegał na perfekcji, tylko na harmonii, która z wiekiem się zmienia się, ale nie traci sensu.

Pozdrowienia! 🌸

Historia zapisana w szmince


             Są rzeczy, które towarzyszą nam od zawsze, nawet jeśli rzadko się nad nimi zastanawiamy. Jedną z nich jest malowanie ust. Tego typu makijaż robiono jeszcze na długo przed tym, zanim powstały drogerie, reklamy i całe to zamieszanie wokół kosmetyków. Tak naprawdę do dziś niewiele się w tym sensie zmieniło.

Historia szminki sięga dalej, niż mogłoby się wydawać. Zanim trafiła do eleganckich opakowań i naszych kosmetyczek, była mieszaniną minerałów, barwników roślinnych i tłuszczów. Już kilka tysięcy lat temu ludzie wiedzieli, że koor ust ma znaczenie społeczne, symboliczne, czasami nawet rytualne.

W starożytnej Mezopotamii usta barwiono sproszkowanymi kamieniami. W Egipcie stosowano intensywne pigmenty, często na bazie ochry czy karminu. Czerwień nie była tam zarezerwowana wyłącznie dla kobiet. Oznaczała pozycję i przynależność do elity. Kosmetyki traktowano poważnie, jako element kultury i codziennego życia.

W średniowiecznej Europie podejście do makijażu uległo zmianie. Malowanie ust bywało uznawane za niestosowne, a nawet grzeszne. Ideałem stała się naturalność, choć tak naprawdę kobiety nadal sięgały po domowe sposoby. Szminka zeszła powiedzmy, że do podziemia, ale nie zniknęła.

Powrót naszej szminki przyniósł dopiero renesans. Na dworach królewskich, zwłaszcza we Francji, także Anglii, malowane usta znów stały się oznaką statusu. Używali jej zarówno arystokraci, jak i władczynie. Kolor był dość mocny, no i tak wyrazisty, że aż widoczny z daleka. Dokładnie taki, jakiego wymagała epoka splendoru.

Prawdziwy przełom nastąpił dopiero w XX wieku. Szminka zyskała wtedy wygodną już formę, stała się bardziej dostępna, przestała być już przywilejem nielicznych. Jednocześnie zaczęła symbolizować niezależność, kobiecą siłę i prawo do decydowania o własnym wyglądzie.


Później już niewiele zmieniło, jeśli chodzi o makijaż ust. Szminka po prostu się upowszechniła, stała się łatwo dostępna, tańsza, zwyczajna. Przestała być tematem samym w sobie, weszła do naszej codzienności. I na tym właściwie kończy się jej historia jako zjawiska. Dalej nie ma już przełomów, tylko różne wersje tego samego gestu, który znamy od dawna.

Dziś traktujemy ją często jak mały, często biżuteryjny drobiazg, który jest niezbędnikiem w niejednej kosmetyczce. A mimo wszystko ten drobiazg niesie ze sobą długą historię zmieniających się obyczajów, ról społecznych, no i podejścia do kobiecości. 

Pozdrowienia! 💄

Dlaczego minimalizm jest szkodliwy

                  W ciągu  ostatnich lat minimalizm dorobił się statusu niemal moralnej cnoty. Takiej niemal  świętości, której należy się trzymać. Mniej rzeczy, mniej bodźców, mniej zobowiązań, za to obietnica spokoju, wolności i lepszego życia. Brzmi to niby rozsądnie, ale problem zaczyna się wtedy, gdy to „mniej” zamiast być wyborem, staje się nakazem. Obserwując tego typu trend, można dostać wysypki.

Człowiek od zawsze gromadził. Przedmioty miały znaczenie nie tylko praktyczne, ale również symboliczne, a także emocjonalne. Dom nie był sterylną przestrzenią, ale miejscem pamięci. Meble dziedziczone po rodzinie, książki czytane latami, pamiątki przypominające o ludziach oraz wydarzeniach. Minimalizm próbuje to wszystko unieważnić, sprowadzając wartość rzeczy wyłącznie do ich użyteczności tu i teraz. A życie przecież nie składa się tylko z funkcji.

W minimalizmie irytująca jest także presja, jaką wywiera. Zamiast ulgi pojawia się obawa: czy mam za dużo, czy to już nadmiar, czy powinnam się pozbyć kolejnej rzeczy, by „żyć lepiej" właśnie tu i teraz. Paradoksalnie, zamiast wolności pojawia się nowa forma kontroli, jednak tym razem innego rodzaju. Porządek przestaje służyć człowiekowi, za to człowiek zaczyna służyć porządkowi.

Minimalizm często ignoruje różnice między ludźmi. Nie każdy czuje się dobrze w pustej przestrzeni. Dla jednych nadmiar jest przytłaczający, dla innych akurat  odwrotnie. Książki na półkach, tkaniny, kolory, przedmioty z historią potrafią dawać poczucie zakorzenienia, ciągłości. Odrzucanie ich w imię trendu bywa formą odcinania się od własnej tożsamości.

Minimalizm może być też odczuwalny jako praktyczny. Uczy, że w każdej chwili można się czegoś pozbyć, bo w razie potrzeby da się to odkupić. To myślenie choć podane w ascetycznym opakowaniu jest bardzo krótkowzroczne, no i niestety  też konsumpcyjne. Dawniej rzeczy się przechowywało, naprawiało i szanowało. Nie dlatego, że było się minimalistą, ale dlatego, że miały wartość.

Minimalizm nie zostawia miejsca na słabość. Nie pozwala sentyment, przywiązanie, chaos wynikający bezpośrednio z życia. A życie rzadko bywa idealnie uporządkowane. Próba wciśnięcia go w estetyczne ramy często kończy się frustracją i poczuciem winy, że znów coś nie wyszło.

Nie chodzi o to, by bronić bałaganu czy bezrefleksyjnego gromadzenia. Chodzi o umiar, zdrowy rozsądek, o prawo do posiadania rzeczy, które nie są modne, ale są dla nas ważne. Chodzi  też o przestrzeń, która nie wygląda jak z katalogu, ale przytulne miejsce, gdzie odpoczywamy. Nie mam zamiaru, ani czasu  na to, by liczyć obsesyjnie, ile mam ubrań, torebek czy kosmetyków. Kiedy kupuję coś nowego, nie szukam na siłę, by się czegoś pozbyć, bo ,,tak wypada". Nie pozbywam się też starych pocztówek, czy innych  rzeczy, do których czuję sentyment, bo stały się ,,niemodne". 

Minimalizm jako narzędzie może być pomocny, ale jako ideologia często bywa szkodliwy. Własny spokój nie polega na ciągłym odejmowaniu, ale na mądrym wyborze tego, co chcemy zachować. 

Pozdrowienia! ✨

Wpływ zaburzeń trawiennych na skórę


           Dbając o własną urodę od rana do wieczora nie zawsze pamiętamy, że kluczem do zdrowej cery jest zdrowe trawienie. Jeśli chodzi o wszelkie zaburzenia trawienne, to właśnie skóra jest drugim narządem manifestującym wszelkie objawy nietolerancji. Często zdarza się, że zmiany skórne pojawiają się jako pierwsze, dopiero po pewnym upływie czasu pojawiają się dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Jak to wygląda? Zapraszam Was do dalszej części mojego posta, gdzie znajdziecie kilka przykładów.

Ulubieńcy roku 2025 - Pielęgnacja włosów

 

           Jak już jesteśmy przy ulubieńcach roku, została mi jeszcze pielęgnacja włosów. Chętnie próbuję różnych kosmetyków do pielęgnacji włosów, ale ostatecznie zawsze wracam do tego do tego, co naprawdę się sprawdza. Bez wyolbrzymionych obietnic i cudów, ale zawsze sprawdzona pielęgnacja, dzięki której moje włosy wyglądają i czują się najlepiej. 

Rok ten był przyzwyczajaniem włosów do siwizny, więc powoli schodziłam z moich pasemek do naturalnego koloru włosów. Chociaż bardzo lubiłam swoje blond pasemka, to utrzymanie ich, żeby cały czas wyglądały na zadbane i świeże było dosyć drogą sprawą. Samo cena ich wykonania to już duże wyrzeczenie, następnie pilnowanie ich kondycji i koloru, to zbyt dużo zachodu. Wiadomo, że sama sobie ich nie zrobię, sama też nie będę farbować włosów (zbyt szybko odrastają) a lubię jeszcze, kiedy są pokręcone. 

Pozostało mi czekać aż odrosną do naturalnego koloru i zadbać o ich kondycję tym bardziej, że się trochę osłabiły. Oprócz kosmetyków Redken, które były też ulubieńcami roku 2024, na porządku dziennym był Rozświetlający szampon do włosów Hair Prodigieux Nuxe, po którym moje włosy zawsze wyglądały świeżo, były miękkie i błyszczące, do kompletu przeważnie towarzyszyła mu odżywka z tej samej serii.

Farbowane końcówki w ochronie przed żółknięciem musiałam czymś zabezpieczyć. Najlepszy do tego był Heart of Glass Wzmacniająco - rozświetlający szampon Davines, który nie barwił, nie wysuszał, ale naprawdę dbał o kondycję moich włosów, a żółtawe odcienie neutralizował nie dzięki jakimkolwiek barwnikom a ekstraktom z owoców Jagua Blue.  Efekt ten jak również kondycję moich włosów wzmacniam odkupioną później odżywką z tej samej serii. 





Moje włosy od czasu do czasu lubią potraktowanie ich olejkami, co sprawdziło się podczas używania odżywki przed myciem Nuxe Hair Prodigieux. Nie przepadam za olejowaniem włosów, bo często o tym zapominam, trochę z tym dużo zachodu, ale przyjemność podczas używania i efekt naprawdę się opłaca.

Pod koniec roku zaskoczył mnie nowościami, bo trafił do mnie zestaw mający wzmocnić moje włosy, ich cebulki jak i skórę głowy marki Aveda.


Był  to idealny prezent na koniec roku, tym bardziej, że moje włosy wzięło na wypadanie. Być może za mało witamin, możliwe też że kumulacja stresu. Cały ten zestaw to idealne rozwiązanie dla kogoś tak wybrednego jak ja. Stosowanie tych kosmetyków jest bardzo proste, nie wymaga żadnej filozofii, jedynie poświęcenia kilku minut czasu. Peeling do włosów Scalp Solutions Exfoliating jak również Serum Invati Ultra Advanced mają cudowny wpływ na skórę głowy, odświeżają, czuje się, że skóra oddycha. Maska do włosów Botanical RepairOlejek Miraculous Oil High-Shine Hair Concentrate również znacząco wpływają na kondycję moich włosów. Olejek oprócz dostarczania włosom potrzebnych składników chroni moje włosy przed wysoką temperaturą podczas suszenia  włosów i używania lokówki.



Na koniec jeszcze ulubiona szczotka do włosów Olivia Garden, która pod koniec roku została wymieniona na nową. Jeszcze nie znalazłam lepszej, ale kto wie.

Nie da się zaprzeczyć, że ten rok był bardzo udany pod względem pielęgnacji moich włosów i liczę, że ten również taki będzie. Pochwalicie się swoimi ulubieńcami?

Pozdrowienia! ✨

Ulubione zapachy roku 2025

 

              Perfumy są ważną częścią mojego życia, bez nich czuję się nieubrana, ale żeby wymienić je w ulubieńcach roku, to już prawie zapomniałam. Być może dlatego, że zbyt długo się do tego posta zbierałam. W końcu zabrałam się do przedstawienia moich ulubionych perfum roku 2025. Nie był to rok zbyt obfity w moje zakupy perfumowe, ale za to każdy mój zakup - prezent od siebie dla siebie był szczególnie trafiony. 

Początek tamtego roku zdominował jeszcze ulubieniec roku 2024, czyli Libre Flower & Flames YSL, woda perfumowana o kwiatowym zapachu kupiona w ciemno. Cieszył mnie każdego dnia, zachwycał otoczenie, ale przyszła wiosna, wraz z nią ciepłe dni i potrzebowałam czegoś lżejszego. Był to niewielki flakonik, bo takie najbardziej. Są najładniejsze i zawsze świeże. 


Przypomnę jeszcze nuty zapachowe, a ponieważ już zdążyłam zdenkować to zachowuję go tu ku pamięci, bo chętnie jeszcze do tych perfum wrócę.

Nuty głowy: bergamotka, lawenda
Nuty serca: lawenda Diva, lilia pustynna, absolut kwiatu pomarańczy, tuberoza, kwiat palmy, kokos
Nuty bazy: wanilia bourbon, ambra, piżmo.

Na wiosnę już potrzebowałam czegoś lżejszego, dlatego kolejnym moim ulubionym zapachem była woda perfumowana Chance Tendre Chanel już nie kupiony w ciemno. Zapach ten kupiłam świadomie, wcześniej korzystałam z

kilku psiknięć od czasu do czasu podczas pobytu u córki. Był i nadal jest moim spełnionym marzeniem, ale jak już widzę, że pojemność bez litości się kurczy, zaczynam oszczędzać i dla odmiany prosto ze sklepu Chanel, zamówiłam mały flakonik zapachu tej samej marki.



Chance Tendre Chanel to zapach o typowo kwiatowych nutach z dodatkiem grejpfruta, doprawiony nutami bursztynu i białego piżma. Elegancki i subtelny, ale dający się wyczuć, bo zbiera komplementy. Ta woda perfumowana na pewno na długo zajmie u mnie swoje miejsce.

Nuta głowy: Grejpfrut
Nuta serca: Hiacynt, jaśmin, irys 
Nuta bazy: Białe piżmo, Irys, Bursztyn

Póki co, znów przyszła zima i potrzebowałam już czegoś na bardziej chłodne dni. Moja lista życzeń perfumowych nigdy się nie skończy, ale po wizycie w Sephorze i przetestowaniu kilku zapachów na mnie, a nie na bloterze wróciłam do domu i nie mogłam dłoni odciągnąć od nosa. Pachniał też rękaw mojego płaszcza i byłam już na milion procent pewna, że muszę go mieć. Jest to woda perfumowana Chanel N⁰ 5 wielokrotnie krytykowana, bez kultury hejtowana, ale na mnie to nie robi wrażenia. Jeśli zapach mnie zachwyca, cudze opinie naprawdę nie są ważne. I weźcie pod uwagę, że to mdła siebie je kupuję, nie dla nikogo innego.



Wodę perfumowaną Chanel N⁰ 5 jako prezent gwiazdkowy dla siebie zamówiłam na stronie Chanel, bo tam mi się najbardziej opłacało. Do niego otrzymałam dwie próbki oraz tę uroczą zawieszkę. Zapach ten jeszcze nie ma swojej recenzji na moim blogu, ale przybliżę chociaż nuty zapachowe.

Nuty głowy: Aldehydy, Ylang-ylang, Neroli, Bergamotka i Cytryna; 
Nutami serca: Irys, Jaśmin, Róża, Korzeń irysa i Konwalia; 
Nuty bazy: Cywet, Piżmo, Drzewo sandałowe, Bursztyn, Mech, Wanilia, Wetyweria i Paczula.


To wszystkie zapachy uwielbiane w roku 2025, a przede mną jeszcze długa lista planów zakupowych. Ciekawa jestem, które zapachy były Waszymi ulubieńcami. 

Wszystkiego pachnącego! 🌸




Herbata rozgrzewająca i na różne potrzeby

 

                   Zima to pora roku, za którą szczególnie nie przepadam nie tylko ze względu na zimno, które mój organizm słabo toleruje, ale irytuje mnie także brak światła dziennego. Są jednak rzeczy, które łagodzą tą niechęć, choćby taka rozgrzewająca herbata. Przy herbacie można odpocząć, zrelaksować się, czy nawet poczytać książkę. Biorąc pod uwagę, że nie wszyscy wszystko lubią, każdy z nas mają różne tolerancje, wyszukałam kilka przepisów.

Na początku wspomnę jeszcze, że herbatki rozgrzewające najlepiej pić na ciepło, nie bardzo gorące. Przy mocnym wychłodzeniu dobrze jest też zjeść ciepły posiłek.

Klasyczna herbata z imbirem i cytryną 

Herbata ta jest chyba najbardziej popularna. Imbir ma właściwości rozgrzewające, cytryna odświeża, miód łagodzi gardło.

  • czarna lub herbata liściasta
  • 2–3 plasterki świeżego imbiru
  • plaster cytryny
  • łyżeczka miodu (dodana do lekko przestudzonej herbaty)

Napar malinowo-lipowy

Dobry na chłód i pierwsze oznaki przeziębienia. Zaparzać pod przykryciem ok. 10 minut. Działa napotnie i delikatnie rozgrzewa.

  • łyżka suszonych kwiatów lipy
  • łyżka suszonych malin lub łyżeczka domowego soku malinowego
  • gorąca woda

Herbata z goździkami i cynamonem

Dobra po zimowym spacerze, rozgrzewa od środka. Smak tej herbaty jest wyraźny, korzenny.

  • czarna herbata
  • 2 goździki
  • mały kawałek laski cynamonu
  • plaster pomarańczy lub cytryny

Napar z czarnego bzu

Rozgrzewa i wzmacnia odporność. Przyrządzanie jest bardzo proste. 

  • łyżka suszonych kwiatów czarnego bzu
  • gorąca woda
  • miód do smaku

Rooibos z imbirem i wanilią

Nie zawiera kofeiny, dzięki czemu śmiało  można pić wieczorem. Jest delikatny w smaku i przyjemnie rozgrzewający.

  • rooibos
  • plaster imbiru
  • odrobina naturalnej wanilii lub cukru waniliowego

NA ZIMNE STOPY I OGÓLNE WYCHŁODZENIE 

Herbata imbirowo-pieprzna

Mocno rozgrzewa krążenie. Najlepiej pić gorącą, powoli

  • czarna herbata
  • 2–3 plasterki świeżego imbiru
  • 2–3 ziarna czarnego pieprzu (lekko rozgniecione)
  • miód do smaku
Napar z cynamonu i kardamonu

Idealna na gardło i pierwsze drapanie, a także po długim staniu na zimnie.

  • kawałek laski cynamonu
  • 2 strączki kardamonu (rozgniecione)
  • gorąca woda
Zaparzać 10 minut. .

Napar lipowo-tymianowy

Łagodzi, ogrzewa i stawia na nogi.

  • łyżka lipy
  • ½ łyżeczki suszonego tymianku
  • gorąca woda
  • miód (opcjonalnie)

Herbata z imbirem i sokiem malinowym 

Prosta i skuteczna, bez cukru i owoców, znana od pokoleń. Delikatnie rozgrzewa, jest też dobra na trawienie.

  • czarna herbata
  • plaster imbiru
  • 1–2 łyżeczki domowego soku malinowego

Napar z kminku i kopru włoskiego

Rozgrzewa delikatnie, jest też dobra na trawienie.

  • ½ łyżeczki kminku
  • ½ łyżeczki kopru włoskiego
  • gorąca woda

Rooibos z goździkami

Ciepła i spokojna herbata na wieczór. Najmocniejsza na mróz i silne wychłodzenie.

  • rooibos
  • 2 goździki

Herbata imbirowo-korzenna

Ta herbata jest wyraźna i rozgrzewa do samego środka. Dobra po długim spacerze albo gdy marzną ręce i stopy. Imbir i pieprz rozgrzewają, cynamon pomoże utrzymać ciepło, natomiast goździki wzmacniają działanie. Herbatę najlepiej pić gorącą, małymi łykami.

  • czarna herbata liściasta
  • 3–4 plasterki świeżego imbiru
  • mały kawałek laski cynamonu
  • 2 goździki
  • szczypta czarnego pieprzu
  • miód (opcjonalnie)

DLA WRAŻLIWEGO ŻOŁĄDKA

Herbata ta jest łagodna, ale jednocześnie skuteczna. Rozgrzewa bez uczucia ciężkości.

Napar z lipy, rumianku i kopru włoskiego

Zaparzać pod przykryciem 10 minut. Dobra na wieczór, uspokaja i delikatnie ogrzewa organizm.

  • 1 łyżka lipy
  • 1 łyżeczka rumianku
  • ½ łyżeczki kopru włoskiego
  • gorąca woda

Napar lipowo-lawendowy

Delikatnie rozgrzewa, wycisza i pomaga zasnąć. Bez kofeiny, bez ostrych przypraw.

  • ½ łyżeczki lawendy
  • gorąca woda

NA OSŁABIENIE I BRAK SIŁ

Herbata malinowo-dzika róża

Wzmacnia, lekko rozgrzewa, dobra w ciągu dnia. 

czarna herbata lub rooibos

1 łyżka suszonej dzikiej róży

1–2 łyżeczki soku malinowego

BEZ IMBIRU (dla tych, którym nie służy)

Herbata cynamonowo-goździkowa

Klasyka, czyli herbata ciepła, łagodna, trzymająca ciepło.

  • czarna herbata
  • mały kawałek laski cynamonu
  • 2 goździki

Na dziś wystarczy rozgrzewających herbat, może podzielicie się własnymi przepisami?

Pozdrowienia! ❄️




Kiedy pielęgnacja szkodzi. Jak rozpoznać przeciążoną skórę

 

               Jeśli wygląd naszej skóry budzi wątpliwości, skóra zaczyna źle na coś reagować, to często mówi się, że czegoś jej brakuje. Jakiegoś składnika aktywnego, kolejnego etapu pielęgnacji. Tymczasem bardzo często sytuacja wygląda odwrotnie. Skóra nie jest zaniedbana, ale przeciążona, natomiast objawy, które się pojawiają, interpretujemy jak nowy problem zamiast sygnału ostrzegawczego.

Przeciążona skóra to skóra poddawana zbyt wielu bodźcom jednocześnie. Nadmiar kosmetyków, częste zmiany produktów, intensywne oczyszczanie, regularne złuszczanie wykonywane profilaktycznie oraz łączenie wielu składników aktywnych bez czasu na regenerację stopniowo osłabiają naturalne mechanizmy obronne skóry. Gdy granica tolerancji zostaje przekroczona, skóra zaczyna reagować.

Jednym z pierwszych takich sygnałów jest pojawiające się nagle pieczenie lub szczypanie, nawet po kosmetykach, które wcześniej były dobrze tolerowane. Często uznaje się to za objaw skóry wrażliwej i sięga po kolejne preparaty łagodzące, nie zauważając, że przyczyną jest osłabiona bariera naskórkowa zmęczona nadmiarem interwencji.

Częstym objawem są również drobne wysypki, podskórne krostki lub nierówna struktura skóry, określana potocznie jako „kaszka”. Zmiany te nie przypominają klasycznego trądziku, pojawiają się bez wyraźnej przyczyny i często w miejscach, które wcześniej nie sprawiały problemów. Reakcja sprowadza się  do sięgania się po silniejsze produkty regulujące, co dodatkowo pogłębia przeciążenie.

Przeciążona skóra może sprawiać wrażenie ciężkiej, oblepionej i pozbawionej świeżości. Kosmetyki wchłaniają się gorzej, makijaż wygląda mniej naturalnie, a mimo stosowania kremów pojawia się uczucie napięcia. Paradoksalnie im więcej produktów nakładamy, tym gorzej skóra funkcjonuje.

Zdarza się także, że skóra staje się sucha i ściągnięta pomimo intensywnego nawilżania. Uczucie ulgi po aplikacji kosmetyku jest krótkotrwałe, natomiast potrzeba nałożenia kolejnej warstwy pojawia się bardzo szybko. To nie jest sygnał niedoboru, ale informacja, że skóra nie nadąża z odbudową i nie potrafi zatrzymać wilgoci.

Często w tym momencie dochodzimy do wniosku, że nasza skóra niczego nie toleruje. Kosmetyki stosowane przez lata nagle zaczynają powodować dyskomfort, co bywa interpretowane jako alergia lub trwała nadwrażliwość. W rzeczywistości jest to często efekt długotrwałego przeciążenia i braku czasu na regenerację.

Łatwo pomylić te objawy z poważniejszym problemem, ponieważ współczesna pielęgnacja uczy działania, korygowania i nieustannego ulepszania. Znacznie rzadziej mówi się o tym, że skóra czasem potrzebuje uproszczenia i spokoju. Dawniej pielęgnacja była prostsza, bardziej przewidywalna i oparta na regularności, co sprzyjało naturalnym procesom odbudowy.

W przypadku przeciążonej skóry poprawę często przynosi nie dodawanie kolejnych kroków, lecz ich ograniczenie. Mniej kosmetyków, spokojniejsze formuły oraz czas pozwalają skórze wrócić do równowagi. Bardzo często okazuje się wtedy, że problemem nie była sama skóra, lecz nadmiar dobrych chęci.

Pozdrowienia! ✨

Dlaczego skóra nie reaguje od razu

             

             W pielęgnacji skóry często oczekuje się szybkich efektów. Jeśli coś działa, powinno być widać to od razu. Jeśli szkodzi - reakcja też powinna pojawić się natychmiast. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Skóra bardzo rzadko funkcjonuje w trybie natychmiastowym. Zarówno negatywne reakcje, jak pozytywne efekty pielęgnacji najczęściej nie pojawiają się tak od razu.

Skóra reaguje etapami, nie impulsywnie

Skóra to narząd, który działa w cyklach. Każdego dnia zachodzą w niej procesy regeneracji, odbudowy i ochrony. Gdy pojawia się czynnik drażniący albo nowy składnik pielęgnacyjny, skóra najpierw próbuje się do niego przystosować. Ten etap adaptacji nie jest widoczny od zewnątrz.

Dopiero gdy mechanizmy obronne zostaną przeciążone lub gdy procesy naprawcze zaczną działać sprawniej, pojawiają się zauważalne zmiany. Dlatego zarówno podrażnienie, jak również poprawa kondycji skóry mogą ujawnić się dopiero po czasie.

Bariera skórna nie odbudowuje się z dnia na dzień

Jednym z ważniejszych elementów zdrowej skóry jest bariera hydrolipidowa. Jej osłabienie rzadko daje natychmiastowe objawy. Skóra może wyglądać całkiem normalnie, mimo że stopniowo traci zdolność do ochrony przed czynnikami zewnętrznymi.

Podobnie działa pielęgnacja naprawcza. Nawet najlepiej dobrane składniki potrzebują czasu, by zmniejszyć przeznaskórkową utratę wody, poprawić elastyczność, ograniczyć nadreaktywność, a także przywrócić komfort. Efekt nie polega na nagłym „wow”, tylko na stopniowym uspokojeniu skóry, które często zauważa się dopiero po kilku tygodniach.


Dlaczego dobre efekty pielęgnacji są opóźnione?

Wiele procesów w skórze przebiega wolniej, niż byśmy chcieli. Odnowa naskórka trwa średnio około 28 dni, a z wiekiem wydłuża się jeszcze bardziej. Oznacza to, że realna poprawa struktury skóry, kolorytu czy gładkości nie może pojawić się natychmiast.

Jeśli pielęgnacja działa prawidłowo, skóra stopniowo staje się bardziej odporna a mniej reaktywna, poprawia się jej poziom nawilżenia, natomiast uczucie ściągnięcia lub pieczenia pojawia się rzadziej lub znika całkowicie. Są to zmiany, które łatwo przeoczyć na co dzień, bo nie są spektakularne - ale to właśnie one świadczą o tym, że skóra wraca do równowagi.

Kumulacja działa w obie strony

Tak jak składniki drażniące mogą się kumulować i po czasie wywołać reakcję, tak samo kumulują się efekty pielęgnacji wspierającej. Regularne stosowanie prostych, dobrze tolerowanych produktów często przynosi lepsze rezultaty niż częste zmiany i nadmiar nowości.

Skóra przyzwyczaja się do nowej rutyny. Gdy przestaje być nieustannie stymulowana, zaczyna funkcjonować stabilniej. To właśnie wtedy pojawia się efekt, który wiele osób opisuje jako, że się skóra w końcu się uspokoiła, choć trudno wskazać jeden konkretny moment, w którym to się stało.

Dlaczego reakcja może pojawić się nagle, mimo że pielęgnacja była ta sama?

Często słyszy się, że ktoś używa tego od lat i do tej pory nic się nie działo. Skóra jednak nie jest stała. Wpływają na to pory roku, poziom stresu, hormonów, ale także wiek oraz stan zdrowia.

W pewnym momencie tolerancja skóry może się obniżyć, co nie zawsze oznacza, że produkt nagle stał się szkodliwy, ale raczej że skóra przestała mieć zasoby, by go dobrze znosić.

Cierpliwość jako element pielęgnacji

Zarówno reakcje niepożądane, jak i pozytywne efekty pielęgnacji wymagają czasu, by stać się widoczne. Dlatego ocena kosmetyku po jednym czy dwóch dniach bardzo często bywa myląca.

Pielęgnacja, która ma sens, działa cicho i stopniowo. Nie przyciąga uwagi gwałtownymi efektami, ale z czasem sprawia, że skóra staje się mniej problematyczna, bardziej przewidywalna i po prostu łatwiejsza w codziennym funkcjonowaniu.

Skóra rzadko reaguje natychmiast, ponieważ większość procesów zachodzi w niej powoli i warstwami. Zarówno problemy, jak i poprawa jej kondycji są zwykle wynikiem tego, co działo się wcześniej, a nie tylko tego, co zostało nałożone wczoraj.

Dlatego w pielęgnacji warto kierować się obserwacją, umiarem i konsekwencją, Efekty, które przychodzą z opóźnieniem, bardzo często okazują się trwalsze niż te natychmiastowe.

Denko - listopad i grudzień 2025


      Rzadko się u mnie zdarza, kiedy nie publikuję posta denkoeego, ale tym razem po listopadzie nie było dużo do pokazania. Tym razem też nie jest tego dużo, natomiast postanowiłam pozbyć się dużej ilości próbek. Może coś Was zainteresuje.

Jak zawsze zacznę od pielęgnacji twarzy, tu uzbierało się najwięcej. 



Olejek micelarny do oczyszczania twarzy Sensibio Bioderma był moim ulubionym, dobrze oczyszczał moją suchą skórę nie podrażniając jej. Jest to olejek emulgujący, łatwo się spłukuje wodą, nie pozostawia tłustej warstwy. Będę wracać do niego.

Tonik do twarzy Very Rose Nuxe również jest moim ulubionym, chyba jednym z najbardziej ulubionych toników. Pozostawia skórę świeżą, nawilżoną, pięknie pachnie m


Krem do twarzy Merveillance Lift Nuxe zużyłam dopiero w styczniu, dokładnie wczoraj i na pewno do niego wrócę. Pięknie pachnie, bardzo dobrze nawilża, odżywia, cudownie pachnie. Konsystencja jest trochę lekka jak na zimę, ale dawał radę.

Krem ochronny do twarzy Age-Shield SPF 50 Dr Irena Eris świetnie sprawdzał się w swojej roli, zabezpieczał też skórę przed zimnem. Efekty jednak są trudne do zweryfikowania, okaże się później.



Serum do twarzy Ultimune Power Infusing Concentrate Shiseido to jedynie miniaturka oraz dwie próbki tego serum wystarczyły mi na ponad miesiąc, co cudownie wpłynęło na moją skórę. Ktoś będzie może krytykował skład, ale sam stosuje z dużo gorszym i chwali dla współpracy, ja nie muszę tu nic udawać.



Maskę w płachcie Rossman niestety zaliczam do nieudanych, spowodowała wysyp na moje twarzy. Czasami Rossman rozdaje takie rzeczy, komuś innemu może odpowiadać.

Maska w płachcie Pure Essence Mask Sheet Pearl Holika Holika nawilżyła i ukoiła moją skórę, miło ją wspominam, chętnie ponowię zakup.



Pasta do zębów Biorepair ostatnio kupuję cały czas.


Kredka do brwi Crayon Sourcils Chanel musiała się skończyć akurat nie w porę, ale wystarczyła na ponad pół roku. Byłam bardzo zadowolona, chętnie kupię ponownie.

Tusz do rzęs Noir Allure Chanel (miniaturka) wystarczyła na 3 miesiące, sprawdzając się idealnie. Chętnie powrócę, jednak wolę brązowy kolor. 



Krem Nivea Family Care używałam do ciała. Krem dobrze dość nawilża, odżywia, przyjemnie pachnie, dobrze się wchłania. Do niego wracam najczęściej.

Krem do rąk i paznokci Very Rose Nuxe również został moim ulubieńcem. Dba o skórę dłoni i paznokcie. Pozostawia piękny zapach.




Mydło w kostce DOVE jest w każdym moim denku, nie potrzeba nic więcej mówić.


Szampon rozświetlająco wzmacniający do włosów blond Davines oprócz tego, że likwidował żółte odcienie moich farbowanych jeszcze końcówek, sprawiał, że wyglądały na zadbane, błyszczące. Szampon nie wysuszał moich włosów, nie obciążał, pięknie pachniał. Był bardzo wydajny. W tej chwili po farbowanym blondzie już nie ma śladu, dlatego wybiorę inny tej marki.

Serum do włosów Invati Ultra Advanced Aveda wystarczyło mi na ponad miesiąc, sprawiając, że moje włosy przestały wypadać w niepokojącej ilości. Po jego użyciu czułam głębokie odświeżenie skóry głowy.  Chętnie ponowię zakup.


Przyszedł czas na próbki. Z nimi jest tak, że niektóre wystarczą zaledwo na raz i szybko się zapomina. Są też takie, które wystarczą na kilka dni, a nawet i dłużej. Niektóre z nich miałam już pełnowymiarowe wersje, ale jeśli są, to chętnie zużyję.


Chyba już to wszystko u mnie było.


Tu tak samo, sami ulubieńcy.




Liftingujące serum pod oczy Rivoli Geneve Le Regard 2.0 te próbki wystarczyły mi na dłużej, bardzo zachęcają do zakupu, cena mniej, ale nigdy nie mówię nigdy. 



Nawilżający krem pod oczy Skinovage Babor już nie tak drogi jak poprzedni. Próbki niesamowicie wydajne, efekt bardzo skuteczny, chętnie sprawię sobie w wersji pełnowymiarowej.




Tonik do twarzy Centella Adriatica - próbka wystarczyła zaledwie na raz. Bardzo skąpo, że aż wstyd. Nie kupię.



Krem do rąk Reve de Miel Nuxe znam i lubię.

Emulsja nawilżająca do ciała Black Rose Sisley została użyta do szyi i dekoltu. Cena zabójcza, ale jak powyżej, nigdy nie mówię nigdy, zawsze trzeba być dobrej myśli.




Szampon do włosów Hair Prodigieux Nuxe znam i lubię. 



Znam i lubię też kosmetyki do włosów Redken.




Polubiłam też te podkłady do twarzy.



No i uwielbiam zapachy Chloe, także Atelier des Fleurs Cedrus. Paris Paris Chanel również mi się bardzo podoba, Aqua Allegoria Floralbloom Guerlain nie zrobił na mnie wrażenia, po prostu nie mój.

Denko moje dobiegło już końca, dziękuję za cierpliwość, jeśli wytrzymaliście do samego końca. Jestem ciekawa, co najbardziej Was zainteresowało.

Pozdrowienia! ✨

Dziękuję za każdą kawę ☕

instagram

Copyright © W Blasku Marzeń.